Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 kwietnia 2017

15 "Hopeless"

Niesamowite co może zrobić Twojemu sercu brzmienie głosu, za którym tak się tęskniło.



Ostatnio, kiedy sprzątałam i układałam książki w mojej biblioteczce, natrafiłam na pozycję, dzięki której moja historia z czytaniem zaczęła się tak na poważnie. Z "Hopeless" jak i z samą twórczością Colleen Hoover zetknęłam się po raz pierwszy jakieś trzy, może cztery lata temu i po prostu się zakochałam. Autorka oczarowała mnie swoim stylem pisania, niesamowitą wyobraźnią i sposobem z jakim potrafiła przekazać czytelnikowi wszelkie emocje, jakie w danym momencie odczuwała wykreowana przez nią postać. I gdy po raz kolejny otworzyłam tę książkę i zaczęłam śledzić wzrokiem pozaznaczone cytaty, postanowiłam, że chyba nadszedł w końcu czas, by przypomnieć sobie tą wspaniałą historię. Dlatego też dzisiaj przychodzę do Was z jej recenzją. I szczerze ? Mam nadzieję, że pokochacie tą opowieść równie mocno. 

Do tej pory nie wierzyłam, że będę w stanie dzielić serce z jakimkolwiek mężczyzną, a co dopiero że oddam mu je w całości.
Życie Sky zmienia się nieodwracalnie w momencie, kiedy poznaje Dean Holdera. Chłopak jest tym, który ją intryguje i wywołuje w niej emocje, jakich dotychczas nie udało jej się doświadczyć. Oznacza jednak kłopoty, a tego Sky za wszelką cenę próbuje uniknąć. Trzyma go na dystans, bo ma złą reputację, ale przecież nie wszystkie plotki są prawdziwe. I kiedy dziewczyna się w końcu o tym przekonuje, wszystko uderza w nią niczym potężna fala. Bo Dean ma związek z jej przeszłością. Z przeszłością, o której Sky nawet nie miała pojęcia...
Nie możesz się wściekać z powodu prawdziwego zakończenia. To na sztuczne happy endy powinnaś się wkurzać.

Kiedy po raz pierwszy poznajemy postać Sky, może nam się wydawać, że jest ona troszkę dziwna. Niby z pozoru wydaje się być zwykłą przedstawicielką współczesnego pokolenia nastolatków, ale w miarę zagłębiania się w historię, czytelnik zdaje sobie sprawę, że jest w niej coś znacznie więcej. Tak samo jest również z Deanem. Choć przyznam się, że w jego osobie zakochałam się niemalże od pierwszego poznania. Intrygowało mnie jego usposobienie i tajemniczość. I podobało mi się, że nie został wykreowany na takiego typowego złego chłopca, jakich pełno spotykałam w innych książkach tego typu. Był zupełnie inny niż otaczająca go reszta i chyba dlatego aż tak bardzo go uwielbiam. 
Jeśli jeszcze nie czytaliście tej książki, to naprawdę Was do tego zachęcam ! :) Hoover naprawdę odwaliła kawał dobrej roboty i ja osobiście po raz kolejny jestem pod wrażeniem. Naprawdę nie wiem jak ta kobieta to robi, ale potrafi wycisnąć ze mnie hektolitry łez. I chyba nikogo nie zdziwi to, że historię o Sky i Deanie ocenię na 10/10.

Doskonale to wiem, dzielimy przecież ten sam ból. Tak się właśnie dzieje, gdy ludzie stają się jednością: od tej pory dzielą się nie tylko miłością. Wspólny jest także ich ból, smutek, rozpacz.

środa, 8 lutego 2017

09 "Pieśń Dawida"




Czasem uległość polega na odrzuceniu dumy, oddaniu kontroli i obdarzeniu kogoś miłością i zaufaniem, nawet jeśli ten ktoś na to nie zasługuje.
Czasem może nam się wydawać, że ucieczka jest jedynym rozwiązaniem. Że może w pewnym sensie uchroni to naszych bliskich przed cierpieniem, a nas samych od ich spojrzeń przepełnionych bólem i współczuciem. Pakujemy manatki, załatwiamy wszystkie formalne sprawy i wyjeżdżamy zostawiając po sobie jedynie stertę kaset, które mają tłumaczyć podjętą decyzję. Ale czy naprawdę jesteśmy aż tak głupi, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że nasi najbliżsi będą sobie niemalże wypruwać flaki, aby nas odnaleźć ? Wiedziałeś Dawidzie. Wiedziałeś to wszystko. Tylko dlaczego mimo wszystko zdecydowałeś się na ucieczkę ? 

"- Mojżesz powiedział mi kiedyś, że nie da się uciec przed sobą. Możesz biec, ukrywać się lub umrzeć, ale cokolwiek zrobisz, będziesz sobą. Przez długi czas byłem dość pusty. Trochę czasu zajęło mi rozgryzienie, co mogłoby mnie wypełnić." 
Dawid po poznaniu Mojżesza zmienił się o 360 stopni. Odnalazł siebie, swoją drogę. Przestał miewać myśli samobójcze i po prostu zaczął żyć. Kiedy wszystko układało się po jego myśli, poznał tajemnicza dziewczynę. Millie, bo tak się nazywała, pracowała w jego barze jako tancerka. Ku zdziwieniu Taga, bohaterka okazała się niewidoma. Jej matka niedawno zmarła, ojciec ulotnił się kilka lat temu i jedyną bliską osobą jaka jej została, był Henry - młodszy brat, cierpiący na pewnego rodzaju zaburzenia umysłowe. Między bohaterami początkowo nawiązała się przyjaźń, która z czasem zmieniła się w silniejsze uczucia. Jednak w pewnym momencie David po prostu zniknął. Zostawił Millie, Henrego i Mojżesza, przyjaciół z klubu i rodzinę i po prostu wyjechał. Nikt nie wiedział dlaczego, ale też żadne z nich nie chciało się poddać. Postanowili, że znajdą Taga mimo wszystko i sprowadzą go do domu. 
"- Kiedy zaczniesz wierzyć w to, że zasługujesz na miłość ? - zawołała za mną wyraźnym i opanowanym głosem, który nieznacznie drżał pod wpływem z trudem tłumionej furii."

Po przeczytaniu pierwszej części, nie sądziłam, że autorka może mnie już czymkolwiek zaskoczyć. No bo jak można pobić historię o Georgii i Mojżeszu ? No jak ? Dlatego początkowo miałam pewne obiekcje co do sięgnięcia po "Pieśń Dawida". Nie chciałam, żeby możliwy niewypał lektury przyczynił się do mojej opinii co do twórczości Amy Harmon. Ale w końcu pod wpływem chwili i przecen, zamówiłam książkę i teraz z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to była jedna z najlepszych czytelniczych decyzji w moim życiu. Bo jak się okazało, opowieść o Tagu wprost bije na głowę "Prawo Mojżesza".  I wybacz mi Colleen Hoover, ale właśnie straciłaś pozycje mojej ulubionej pisarki książek o miłości. 

"-Najbardziej intymnym przeżyciem jest pozwolenie, by ukochane osoby zobaczyły nas w najgorszej formie. Wtedy, gdy jesteśmy najsłabsi. Prawdziwa intymność jest wtedy, gdy nic nie jest idealne. A ja nie sądzę, żebyś był gotów na intymność ze mną, Dawidzie."

I wiecie co ? Mimo tego, że wprost kocham romanse i pewnie nie mogłabym się bez nich obejść, to naprawdę nienawidzę schematycznych historii. No wiecie, takich z cyklu: "Jest piękna/przystojny, zakocham się." Nie cierpię takich banałów i Amy Harmon absolutnie mi ich nie daje. Wykreowana przez nią fabuła wnosi zawsze coś nowego i trudnego do powtórzenia i to jest niesamowite. Bo mimo tego, że 'new adults' przez większość może wydawać się już oklepane i mało zaskakujące, to ta kobieta wprost zaskakuje mnie na każdym kroku i chyba dlatego najbardziej ją cenię. Teraz zostało mi jeszcze "Making faces" i nie wiem czy się trochę nie wstrzymam z tą książką. Bo co wtedy będę czytała ? Mam nadzieję, że w Polsce zostaną jeszcze wydane jakieś książki. Tymczasem "Pieśń Dawida" oceniam na 10/10, choć ta skala wydaje mi się i tak mało odpowiednia. 

"- To pamiątka z czasów, gdy bardzo nie chciałem żyć - wyznałem bez skrępowania. - To było dawno temu. Teraz się kocham. Nie martw się." 

niedziela, 22 stycznia 2017

07 "Prawo Mojżesza"

Jeśli nie kochasz, nikt nie zostaje zraniony. Łatwo odejść. Łatwo pogodzić się ze stratą. Łatwo dać sobie spokój.


W ostatnim czasie było bardzo głośno o tej książce. Przeczytałam sporo recenzji na jej temat, aż w końcu powiedziałam sobie: "STOP ! Natalka, musisz nadrobić czytelnicze zaległości". Kilka dni póżniej "Prawo Mojżesza" dostało się w moje ręce i rozpoczęłam przygodę z twórczościom pani Harmon.  Początkowo myślałam, że pochlebne opinie są przesadzone, jadnak już po przeczytaniu prologu wiedziałam, że autorka nieźle poharata moje wnętrze i przez długi czas nie będę mogła się pozbierać. I mimo, że książkę skończyłam już w grudniu, to w dalszym ciągu nie jestem w stanie znaleźć słów, które oddadzą to co czułam, kiedy zagłębiałam się w historię Georgii i Mojżesza. Ta opowieść była po prostu fenomenalna ! ( Chociaż w sumie dalej nie jestem pewna, czy to słowo w pełni oddaje jej cudowność ) 

A po jego odejściu ? Wcale nie było lepiej, tylko gorzej. Każdy kolejny dzień był coraz trudniejszy. Żal był tak samo intensywny, smutek tak samo przenikliwy, a perspektywa tych wszystkich dni bez niego równie trudna do zniesienia.

On był wycofany i chłodny. Do wszystkiego podchodził z rezerwą i miał tajemnice, którymi z nikim nie chciał się dzielić. Ją zaś można opisać jako typowego uparciucha, który zawsze musi postawić na swoim, niezależnie od konsekwencji. I kiedy Mojżesz pojawił się w jej okolicy, kiedy podjął prace na farmie jej rodziców, postanowiła, że przebije się przez jego mury i jakoś do niego dotrze. 
I nie chce pisać już tutaj nic więcej. Nie chcę spoilerować. Nie chce ujawniać choćby najmniejszego rąbka tajemnicy, bo uważam, że każdy czytelnik zasługuje na to, żeby przeżyć tę przygodę sam. Mam nadzieję, że uda wam się zagłębić w tej opowieści i podbije ona wasze serca. Sprawi, że coś poczujecie, momentami może zapłaczecie. Ale to przecież dzięki emocjom kochamy czytać, prawda ? 

- Będziemy po prostu uciekać, Mojżeszu. Jak ty to mówiłeś? Tu, tam, na drugi koniec świata? Nie uciekniemy od siebie samych, więc będziemy razem, dopóki każdy z nas nie odnajdzie siebie, dobrze? Dopóki nie wymyślimy, jak się z tym uporać.

 Nie mogłam się oderwać od lektury, ale mimo wszystko próbowałam jak najbardziej odciągnąć w czasie jej zakończenie. Przeczytanie ostatniej linijki oznaczało bowiem koniec przygody. Koniec ze wcielaniem się w wykreowany przez autorkę świat i co najgorsze, koniec z bohaterami, do których zdążyłam się już przywiązać. Nic jednak niestety nie trwa wiecznie i w końcu musiałam odłożyć "Prawo Mojżesza" na półkę biblioteczki. Aczkolwiek, wydaje mi się że często będę wracała do tej historii, choćby po to, żeby prześledzić wzrokiem ulubione cytaty. W planach mam już kolejne książki tej autorki, czyli "Pieśń Dawida" oraz "Making Faces" i mam nadzieję, że spodobają mi się równe mocno jak ta opowiadająca o losach Mojżesza i Georgii, którą oceniam oczywiście na 10. 

Podeszłam do niego, ujęłam jego twarz w dłonie i mocno go pocałowałam. To był przypuszczalnie najgorszy pocałunek świata w historii wściekłych pocałunków

czwartek, 19 stycznia 2017

05 "Morze spokoju"

awet siebie samego nie umiem ocalić."
"Nie jestem żadnym ocaleniem. Nawet siebie samego nie umiem ocalić."


"Natsya Kashnikov chce tylko dwóch rzeczy: przetrwać liceum bez żadnych osób, które będą pouczać ją na temat jej przeszłości oraz sprawić, aby chłopak, który zabrał jej dosłownie wszystko – tożsamość, duszę i chęć życia – zapłacił za to. Historia Josh’a Bennett’a to nie sekret: każda osoba, którą kochał, opuściła ten świat, aż w końcu, gdy chłopak miał 17 lat, nie został mu już nikt. Teraz, wszystko czego Josh pragnie, to to, aby ludzie pozwolili mu zostać samemu, ponieważ gdy Twoje imię jest synonimem śmierci, każdy ma tendencję do pozostawienia Ci Twojej własnej przestrzeni."

"Czasem zapominam, jak się oddycha"
Nie mam pojęcia co mogłabym teraz tutaj napisać. Wszelkie słowa wydają mi się nieodpowiednie, a przynajmniej jak dotąd nie mogę znaleźć takich, które oddadzą to co czułam podczas czytania "Morza Spokoju". Bo prawda jest taka, że odczuwałam dosłownie wszystko. Momentami byłam wściekła, czasem też szczęśliwa, czy rozbawiona. Zakochałam się po to, by kilka stron później złamano mi serce. Dowiedziałam się też jak wielką moc ma przebaczenie i chyba w końcu trochę pojęłam tę sztukę. Katjo Millay, dziękuję Ci za tę fantastyczną książkę. Wiedz jednak, że momentami nienawidziłam Cię całym sercem. 
"Ludzie mówią, że miłość jest bezwarunkowa, ale to nieprawda, a nawet gdyby była, to nigdy nie jest za darmo. Zawsze wiąże się z jakimiś oczekiwaniami. Wszyscy chcą czegoś w zamian. Jakby wymagali, żeby ta druga osoba była szczęśliwa, przez co automatycznie staje się odpowiedzialna za ich szczęście, bo nie mogą być szczęśliwi, póki ona nie będzie szczęśliwa"
Z początku może się wydawać, że będzie to kolejna książka opowiadająca o młodzieńczej miłości dwójki outsiderów. To jednak nie wszystko. Autorka co prawda wplotła wątek miłosny, ale moim zdaniem nie był on elementem kluczowym, a przynajmniej nie tak ważnym jak odkupienie. Przedstawione postaci były niezwykle realistyczne. Czytając o ich losach, miałam niekiedy wrażenie, że widzę samą siebie. Zarówno Nastja jak i Josh stali się moimi ulubieńcami. Pokochałam ich za sposób bycia, za ich rozmowy, charaktery. Razem tworzyli misterną układankę, obok której nie mogłam po prostu przejść obojętnie. Nie byli jednak jedynymi wyjątkowymi elementami tej historii. Bohaterowie drugoplanowi też wyróżniali się na ogromny plus. Drew, pani Leighton, czy też Margot, byli jasnymi punktami całej opowieści. 
"Są tu lampy, narzędzia i deski, buty robocze i chłopak, na którego chcę patrzeć do końca świata. Gdyby moje Morze Spokoju było prawdziwe, to znajdowałoby się tutaj, w tym miejscu."
Książkę mogę bez wątpienia zaliczyć do moich ulubionych. Katja Millay podbiła moje serce swoim stylem pisania i całą konstrukcją opowieści. Ciekawym elementem była również narracja z perspektywy zarówno Nastji, jak i Josha. Myślę, że przez długi czas nie zapomnę postaci Słoneczka, chłopaka otoczonego polem siłowym, czy też momentami obrzydliwego Drew. Jestem jednak trochę zawiedziona, że autorka nie wydała na rynek innej pozycji, bo bardzo chętnie zetknęłabym się z jakąś inną książką jej autorstwa. No ale cóż, może kiedyś się jej doczekam, a jak na razie mogę jedynie zazdrościć tym, którzy mają "Morze spokoju" jeszcze przed sobą. 

Moja ocena 10/10

"-Ty jesteś wystarczającym powodem.- Może nie pozwalać mi, żebym ją kochał, ale to nie znaczy, że ja pozwolę innym ją ranić. Chyba jest w tym jakaś ironia, bo to ja zraniłem ją najmocniej tej nocy."