sobota, 6 maja 2017

17 "Zima koloru turkusu"


Oczywiście byłam świadoma, że alkohol nie jest rozwiązaniem, ale woda zasadniczo też nim nie była.

Za każdym razem, kiedy po przeczytaniu "Lata koloru wiśni" próbowałam zabrać się za jakąś inną książkę, odkładałam ją maksymalnie po stu stronach. Nie mogłam się wciągnąć, bo cały czas myślałam o zakończeniu pierwszego tomu i nic, absolutnie nic, nie potrafiło przekierować moich myśli na inny tor niż Elyas i Emely. W zasadnie nie wiem dlaczego tak się stało, ale w każdym męskim bohaterze próbowałam doszukiwać się przynajmniej malutkiej części pana Schwarza, a w każdej bohaterce tego humoru i ciętego języka jakim została obdarzona moja ulubiona studentka literaturoznawstwa. I kiedy teraz tak o tym myślę, to to wszystko przypomina mi jakieś głębokie zauroczenie. Tak, Carina Bartsch z całą pewnością oczarowała mnie tą historią, na czym niestety ucierpiała moja kwietniowa kariera czytelnicza, no ale cóż, mówi się trudno. Nie wiem jednak jak wyjaśnić to, że tak długo zwlekałam z sięgnięciem po "Zimę koloru turkusu", bo teraz kiedy jestem już po jej lekturze, moje zachwyty w dalszym ciągu nie ustąpiły. I wiecie, naprawdę mam nadzieję, że uda mi się Was przekonać do tej historii, bo jest po prostu cudowna.  

Jesteś facetem. Przyszedłeś na świat niespełna rozumu.

UWAGA, ZAWIERA SPOILER CO DO PIERWSZEJ CZĘŚCI, POMIŃ TEN FRAGMENT LUB CZYTAJ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ. 

Zakończenie pierwszej części początkowo wydawało mi się niemalże oczywiste. Wszystko zmieniło się jednak w momencie, kiedy odłożyłam "Lato koloru wiśni" na półkę mojej biblioteczki. Wycieczka pod namiot nie okazała się bowiem początkiem love story między głównymi bohaterami, a raczej końcem znajomości pomiędzy nimi. Co gorsza, wraz z brakiem wiadomości od Elyasa, przestały się również pojawiać maile od Luki - internetowego przyjaciela, którego Emely poznała kilka miesięcy wcześniej. Dni mijały, a dziewczyna nie mogła poradzić sobie z pustką, jaką odczuwała po utracie Schwartza i postanowiła działać. Mimo początkowych niechęci udała się na imprezę z okazji Halloween, na której miał pojawić się Elyas. Przez cały wieczór próbowała zacząć rozmowę, ale udało się to jej dopiero w momencie wejścia w stan upojenia. Ten wieczór zapoczątkował nowych rozdział w ich wspólnej historii, a przynajmniej tak się mogło wydawać, bo jak się później okazuje, Elyas nie jest tym za kogo się podawał. Czy Emely mu wybaczy ? A może odpuści i rozpocznie nowy rozdział w życiu ? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, koniecznie musicie sięgnąć po "Zimę koloru turkusu". Koniecznie ! :) 


-Emely, tylko nie wymiotuj w mustangu, dobrze? - Nie martw się, połknę.


Wiecie, naprawdę miałam problem z napisaniem tej recenzji. Moje słowa wydawały mi się takie niedopracowane i chaotyczne, ciągle mi czegoś brakowało, a przecież chciałam przekonać moich czytelników, do tego, aby w końcu sięgnęli po książki Cariny Bartsch. Później stwierdziłam jednak, że chyba nie jestem w stanie napisać czegoś lepszego, bo ta opowieść jakoś tak dziwnie na mnie wpłynęła. Historia na dobrą sprawę mieści się we wszystkich kategoriach typowych romansów, ale na swój sposób jest taka niecodzienna i wyjątkowa. I ja z mojej strony serdecznie ją Wam polecam :) 

Moja ocena 9/10 





poniedziałek, 10 kwietnia 2017

16 "Lato koloru wiśni" Carina Bartsch

-Wiesz co? Gdyby w słowniku były obrazki, obok słowa "dupek" znajdowałoby się twoje zdjęcie. -Wow- zaśmiał się- Można by pomyśleć, że mnie nie cierpisz. -Mogę tylko zasugerować, byś zaufał swojej intuicji.



Ostatnio trochę się pochorowałam. I wiecie ? Bycie przeziębioną, ma tylko jedną pozytywną stronę. Ogrom wolnego czasu, który można spożytkować na najróżniejsze czynności. Ja akurat postanowiłam, że leżenie w łóżku i dorzucanie do piętrzącej się już kupki kolejnej chusteczki, umilę sobie czytaniem. Bo co innego mogłoby mi poprawić humor lepiej niż dobra książka ? No dobra, może jakaś dobra czekolada, ale ciii... :) 
Przejrzałam więc moją biblioteczkę i zorientowałam się, że jeszcze nie tknęłam "Lata koloru wiśni". Dużo dobrego słyszałam o tej historii, ale przyznam się szczerze, że jakoś szczególnie mnie do niej nie ciągnęło. No dobra, nie ciągnęło mnie do niej do momentu, aż nie przeczytałam pierwszej strony, bo poźniej już przepadłam i skończyłam tego spaślaka w niecałe dwa dni :D I wiecie ? Mam nadzieję, że przekonam Was do tej książki, bo naprawdę ma ona w sobie to "coś". 

Czasem uświadamiamy sobie różne rzeczy dopiero, kiedy o nich opowiemy. Jeśli zachowujemy je dla siebie, możemy je upiększać, zniekształcać, a nawet wypierać. Wypowiedziane – stają wyraźnie przed oczami. Zaśmiej się komuś w twarz albo wykrzycz coś, czego ten nie chce sobie uświadomić.

Carina Bartsch główną bohaterką swojej książki uczyniła dwudziestotrzyletnią Emely - studentkę literaturoznawstwa mieszkającą w Berlinie. Fabuła rozpoczyna się w momencie, kiedy do stolicy Niemiec przeprowadza się jej najlepsza przyjaciółka Alex. Mimo, że Emely strasznie cieszy się, że będzie w końcu miała jedną z najbliższych osób niemalże na wyciągnięcie ręki, pojawia problem. Bardzo poważny problem. Otóż, panienka Schwartz postanowiła zamieszkać w mieszkaniu swojego brata, którego Emely nienawidziła z całego serca, a teraz miała widywać przy każdej nadarzającej się okazji. Nienawiść ta zrodziła się dokładnie siedem lat temu, kiedy zarówno Elyas jak i główna bohaterka chodzili jeszcze do szkoły. A o co dokładnie im poszło ? O tym musicie się oczywiście przekonać sami, ale ostrzegam, jeśli spodziewacie się kolejnego romansidła, gdzie po przebrnięciu przez 100 stron nienawiść zmieni się w wszechogarniającą miłość, to powiem tylko jedno, strasznie się przeliczycie. 
- (…) Dlaczego nie odpuścisz? Przeciągnął dłonią po włosach i wykonał kilka rybich ruchów ustami.- Nie wiem – zająknął się i obejrzał za siebie. – Może kręcą mnie trudne przypadki.
Mimo, że temat książki nie jest szczególnie oryginalny, język i styl pisania autorki wynagradza nam to w 100 procentach. Naprawdę, dawno nie czytałam tak przezabawnej książki. Dialogi między głównymi bohaterami to był moim zdaniem istny majstersztyk. Tak samo jak oczywiście ich kreacja. Zarówno postać Emely jak i Elyasa wydawały mi się bardzo realistyczne. Do tego dochodzi również Alex, istna wariatka, która mimo że czasami irytowała swoją naiwnością i dziecinnością, nadawała historii świeżego charakteru. Bym i zapomniała ! Jeśli chodzi o zakończenie, to nie myślcie, że jest ono takie oczywiste. Mimo, że od połowy byłam już pewna jak zakończy się "Lato koloru wiśni", to po przeczytaniu ostatniej strony byłam w totalnym szoku. 
Jeśli więc macie już dość typowych romansideł, gdzie główni bohaterowie wyznają sobie uczucia i przeżywają miłosne uniesienia już na początku książki, to serdecznie polecam Wam "Lato koloru wiśni". 

Moja ocena 9/10

Myślę, że miłość jest zdecydowanie zbyt często sprowadzana tylko do relacji dwojga ludzi, pomiędzy którym powstaje więź seksualna. Uczucia, które żywimy do rodziny, przyjaciół, to przecież nic innego niż miłość. Z tą tylko różnicą, że nie chcemy z nimi sypiać – przynajmniej w normalnych wypadkach.

- Emely, musisz mi pilnie w czymś pomóc. Nie wiedząc, czego ode mnie chce, odpowiedziałam: - Ręka w górę, ręka w dół, dasz radę bez mojej pomocy.
- A co to jest miłość w ogóle? - Kaprys natury, defekt genetyczny – nazwij to, jak chcesz. Faktem jest, że miłość istnieje tylko po to, by dwoje ludzi po prokreacji zostało razem tak długo, aż potomek osiągnie pełnoletność. 

piątek, 7 kwietnia 2017

15 "Hopeless"

Niesamowite co może zrobić Twojemu sercu brzmienie głosu, za którym tak się tęskniło.



Ostatnio, kiedy sprzątałam i układałam książki w mojej biblioteczce, natrafiłam na pozycję, dzięki której moja historia z czytaniem zaczęła się tak na poważnie. Z "Hopeless" jak i z samą twórczością Colleen Hoover zetknęłam się po raz pierwszy jakieś trzy, może cztery lata temu i po prostu się zakochałam. Autorka oczarowała mnie swoim stylem pisania, niesamowitą wyobraźnią i sposobem z jakim potrafiła przekazać czytelnikowi wszelkie emocje, jakie w danym momencie odczuwała wykreowana przez nią postać. I gdy po raz kolejny otworzyłam tę książkę i zaczęłam śledzić wzrokiem pozaznaczone cytaty, postanowiłam, że chyba nadszedł w końcu czas, by przypomnieć sobie tą wspaniałą historię. Dlatego też dzisiaj przychodzę do Was z jej recenzją. I szczerze ? Mam nadzieję, że pokochacie tą opowieść równie mocno. 

Do tej pory nie wierzyłam, że będę w stanie dzielić serce z jakimkolwiek mężczyzną, a co dopiero że oddam mu je w całości.
Życie Sky zmienia się nieodwracalnie w momencie, kiedy poznaje Dean Holdera. Chłopak jest tym, który ją intryguje i wywołuje w niej emocje, jakich dotychczas nie udało jej się doświadczyć. Oznacza jednak kłopoty, a tego Sky za wszelką cenę próbuje uniknąć. Trzyma go na dystans, bo ma złą reputację, ale przecież nie wszystkie plotki są prawdziwe. I kiedy dziewczyna się w końcu o tym przekonuje, wszystko uderza w nią niczym potężna fala. Bo Dean ma związek z jej przeszłością. Z przeszłością, o której Sky nawet nie miała pojęcia...
Nie możesz się wściekać z powodu prawdziwego zakończenia. To na sztuczne happy endy powinnaś się wkurzać.

Kiedy po raz pierwszy poznajemy postać Sky, może nam się wydawać, że jest ona troszkę dziwna. Niby z pozoru wydaje się być zwykłą przedstawicielką współczesnego pokolenia nastolatków, ale w miarę zagłębiania się w historię, czytelnik zdaje sobie sprawę, że jest w niej coś znacznie więcej. Tak samo jest również z Deanem. Choć przyznam się, że w jego osobie zakochałam się niemalże od pierwszego poznania. Intrygowało mnie jego usposobienie i tajemniczość. I podobało mi się, że nie został wykreowany na takiego typowego złego chłopca, jakich pełno spotykałam w innych książkach tego typu. Był zupełnie inny niż otaczająca go reszta i chyba dlatego aż tak bardzo go uwielbiam. 
Jeśli jeszcze nie czytaliście tej książki, to naprawdę Was do tego zachęcam ! :) Hoover naprawdę odwaliła kawał dobrej roboty i ja osobiście po raz kolejny jestem pod wrażeniem. Naprawdę nie wiem jak ta kobieta to robi, ale potrafi wycisnąć ze mnie hektolitry łez. I chyba nikogo nie zdziwi to, że historię o Sky i Deanie ocenię na 10/10.

Doskonale to wiem, dzielimy przecież ten sam ból. Tak się właśnie dzieje, gdy ludzie stają się jednością: od tej pory dzielą się nie tylko miłością. Wspólny jest także ich ból, smutek, rozpacz.

poniedziałek, 27 marca 2017

Uwaga ! Konkurs ! Wygraj książkę "November 9"

Kochani,
z racji tego, że mam tak wspaniałych czytelników, organizuje konkurs. To wygrania jest książka jednej z moich ulubionych autorek, czyli Colleen Hoover. Pewnie większość z Was o niej słyszała i czytała przynajmniej jedną z wykreowanych przez nią historii. Ja osobiście uwielbiam tę kobietę i chce oddać w Wasze ręce egzemplarz "November 9".  Gdyby ktoś jednak nie słyszał o tej książce, odsyłam do recenzji



Warunki konkursu: 
W zasadzie nie jest ich dużo, jednak osoba która bierze udział w konkursie musi mieszkać w Polsce. Ponadto byłoby mi bardzo miło gdybyście zaobserwowali publicznie mojego bloga. Rozstrzygnięcie konkursu odbędzie się na zasadzie losowanie, także każdy ma szanse. Wyniki podam pod komentarzem zwycięzcy 3 kwietnia 2017 roku. 

Zgłoszenie: 
Mój adres email:...
Bloga obserwuje jako: 


Mam nadzieję, że weżniecie udział w organizowanej przeze mnie zabawie, a zwycięzca ucieszy się z "November 9" i książka spodoba mu się tak sami jak mi. Także życzę Wam wszystkim powodzenia :) 

poniedziałek, 20 marca 2017

14 "Making Faces"



Nie ma smutku, jeśli wcześniej nie było radości.


Wydawało mi się, że żaden pisarz już niczym szczególnym mnie nie zaskoczy. Jako czytelniczka new  adults jestem zazwyczaj przygotowana na z góry ustalony schemat. No wiecie, bohaterowie, których przeszłość owiana jest tajemnicą i z czasem rodzące się między nimi uczucie. Ale tym razem Amy Harmon zrobiła mi naprawdę bardzo miłą niespodziankę. Stworzyła coś niekonwencjonalnego, Historię, którą czytałam z zapartym tchem i nawet kilka dni po jej ukończeniu, nie mogę wyrzucić jej z pamięci. Zakochałam się i wzbogaciłam o kolejną ulubioną pozycję, która teraz pięknie ozdabia moją biblioteczkę. I wiecie co ? Tą książką autorka jeszcze mocniej utwierdziła mnie w przekonaniu, że ma naprawdę wspaniałe pióro i wyobraźnię, która nie zna granic, a talentu może jej naprawdę pozazdrościć wielu współczesnych twórców. 


Kiedyś bałem się, że pójdę do piekła. Ale teraz w nim jestem i wcale nie wydaje się takie straszne.

Główną bohaterką książki napisanej przez Amy Harmon jest Fern Taylor - dziewczyna skrycie podkochująca się w jednym ze członków szkolnego zespołu zapaśniczego. Ambrose Young początkowo imponował jej jedynie niecodzienną urodą, ale z czasem zaczęła dostrzegać w nim bardziej znaczące cechy. Kiedy podszywając się pod przyjaciółkę, wymieniła z nim listy miłosne, zrozumiała, że Ambrose to przede wszystkim osoba bardzo inteligentna, wrażliwa i przepełniona empatią. Jednak z czasem chłopak niestety dowiedział się o spisku i nie chciał mieć nic wspólnego z Fern. Odniósł wrażenie, że dziewczyna jedynie bawiła się jego uczuciami i próbowała go ośmieszyć. Sytuacja między nimi zmieniła się dopiero kilka lat później, gdy Young wrócił z Iraku, gdzie służył w jednostce wojennej. Nie był jednak już tym samych chłopakiem. Odniósł liczne obrażenia, które trwale go oszpeciły, a co gorsza stracił najbliższych przyjaciół, którzy zginęli od wybuchu bomby. Czuł się winny i nie potrafił ruszyć do przodu. I wtedy w jego życiu na nowo pojawia się Fern. Ale czy uda się jej przebić przez jego grube mury ? Czy ocali Ambrosa Younga przed jego własnymi demonami ? 

Życie dało Ambrose'owi nową twarz, a Fern zastanawiała się, czy on kiedykolwiek będzie w stanie to zaakceptować.
Dawno nie czytałam tak wartościowej książki. Naprawdę. Nie przypominam sobie, żeby jakakolwiek historia w ostatnim czasie poruszyła mnie aż tak dogłębnie. Amy Harmon pozostawiła ekscesy miłosne na bardzo odległym planie i skupiła się na przyjaźni, przebaczeniu oraz odkupieniu. Wykreowała bohaterów tak odległych od ideału i chyba to było takie niesamowite. Tak bardzo pokochałam bezinteresowność Fern, jej ciepło i dobroć w stosunku do innych. Zakochałam się w postaci Ambrosa mimo, że przez większą część czasu uważał, że nie zasługuje na miłość. A jeśli chodzi o Baileya, najlepszego przyjaciela Fern, to uważam że bez niego ta książka byłaby po prostu niekompletna. Nadawał opowieści zabawny wymiar w chwilach kryzysu i pokazał czytelnikowi, że niezależnie od przeciwności losu, nigdy przenigdy nie można się poddawać. 
Jeżeli wiec nie udało się Wam jeszcze przeczytać tej książki, to gorąco zachęcam. Ja tymczasem oceniam "Making Faces" na dziewiątkę z dużym plusem :) 

niedziela, 12 marca 2017

Zalotny Tag Książkowy !

Witajcie kochani, 
Recenzja "Chłopaka, który chciał zacząć od nowa" już niedługo, ale pomyślałam, że w między czasie wcisnę na blogu jakiś tag. Znalazłam go gdzieś w przestworzach internetu i mam nadzieję, że się Wam spodoba :D


Faza Pierwsza - Zauważenie,
czyli książka którą kupiłam ze względu na okładkę 

Po prostu zakochałam się w prostocie tej okładki. Czasem mniej naprawdę znaczy lepiej. Jak dla mnie idealny przekaz graficzny. Na półce też prezentuje się świetnie. 


Faza druga - Pierwsze wrażenie
czyli książka którą kupiłam ze względy na opis. 

Od tej książki tak na dobrą sprawę moja przygoda z romansami zaczęła się na poważnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam kim jest Colleen Hoover i nie kupowałam jej książek bez uprzedniego zastanowienia się, tak jak teraz. Kurcze, jak dobrze, że dorwałam ten egzemplarz w mojej miejscowej księgarni :) 


Faza trzecia - Słodkie rozmówki
czyli książka ze świetnym stylem pisania


Ja osobiście przepadłam w tej książce i nie wiem już ile dokładnie razy ją czytałam. Kocham historię wykreowaną przez autorkę, kocham każde spisane przez nią słowo. I jeśli ktoś zapytał by się mnie moją ulubioną opowieść, bez wahania odpowiem: "Morze Spokoju". 


Faza czwarta - Pierwsza randka
czyli pierwszy tom serii, który sprawił, że od razu miałam ochotę na kolejne 



Ta książka przypomniała mi dlaczego kochałam fantastykę i mimo, że wielu osobą historia się nie podobała, to ja się zakochałam i mam nadzieję, że kolejny tom też tak bardzo przypadnie mi do gustu. 


Faza piąta - Nocne rozmowy, 
czyli książka przy której przetrwałam noc


Może czytanie książek po nocach, w dodatku w tygodniu szkolnym nie jest zbyt dobrym posunięciem, no ale ja czasami nie mogę się powstrzymać, tym bardziej jeśli historia jest tak dobra, jak w przypadku "November 9"


Faza szósta - zawsze w myślach, 
czyli książka o której nie mogę przestać myśleć


Trudny wybór. Tak na dobrą sprawę chyba nie mam takiej książki, o której myślę miesiącami, ale z tego co pamiętam to po przeczytaniu historii Harmon długo nie mogłam sięgnąć po nic innego, bo wiedziałam, że po takiej petardzie się po prostu rozczaruje. 


Faza siódma - Kontakt fizyczny
Książka, którą kocham za towarzyszące jej uczucia


Książkę przeczytałam w jeden dzień i normalnie spłakałam się jak bóbr. Nie wiem jak autorka to zrobiła, ale jakimś cudem przedarła się do mojego serca i z każdą kolejną stroną łamała je coraz bardziej. 


Faza ósma - Spotkanie z rodzicami 
Książka, którą chcę polecić rodzinie i znajomym

Po prześledzeniu mojej biblioteczki stwierdzam, że nie ma takiej jednej jedynej książki, którą każdemu polecam. Jeśli już coś polecam i pożyczam, to są do książki z wcześniejszych punktów. 


Faza dziewiąta - Myślenie o przyszłości
Książka, którą będę czytała wiele razy w przyszłości


No cóż poradzę, zakochałam się w tej historii i tyle w tym temacie. 


Faza dziesiąta - Dzielenie się miłością 

Stwierdziłam, że nie będę nikogo nominowała, jeśli ktoś ma ochotę na ten tag, niech go po prostu zrobi u siebie. 

niedziela, 5 marca 2017

13 "Dręczyciel"


"Wczoraj trwa wiecznie. Jutro nigdy nie nadejdzie dla ciebie..."
Kiedy pierwszy raz czytałam tę książkę w wolnym tłumaczeniu, nie zapowiadało się, że zostanie ona wydana na polskim rynku. Możecie się więc jedynie domyślać jak bardzo byłam zachwycona, kiedy na jednym z blogów recenzenckich przeczytałam post dotyczący zapowiedzi lutego i ujrzałam tam "Dręczyciela". Praktycznie cały miesiąc czekałam aż w mojej ulubionej księgarni internetowej obok tej pozycji pojawi się "Dodaj do koszyka". I teraz w końcu mam swój własny egzemplarz tego cuda, który jest jednym z moich ulubionych jeśli chodzi o new adults. I jeśli podobnie jak ja kochacie taką tematykę, to mówię Wam MUSICIE sięgnąć po tą historię 

"Byłeś moją burzą, moją chmurą gradową, moim drzewem w ulewie. Kochałam te wszystkie rzeczy i kochałam ciebie. Ale teraz? Jesteś jak pieprzona susza. Myślałam, że palanci jeżdżą tylko niemieckimi samochodami, ale okazało się, że dupki w Mustangach też mogą zostawić blizny." 

Jared i Tate znają się niemalże od zawsze. Dorastali w sąsiednich domach i byli nierozłączni. Wszystko zmieniło się jednak w wakacje przed pójściem do pierwszej klasy liceum. Chłopak po powrocie z letniego wyjazdu nie przypominał dawnego siebie. Co więcej, nie chciał mieć nic wspólnego z Tate, ale zamiast zacząć ją ignorować, Jared zmienił się w dręczyciela. Próbował zmienić jej życie w piekło i zgorszyć w oczach szkolnych kolegów. Bohaterka była jednak zbyt słaba, żeby odpowiadać na zaczepki i poddawała się nim. Stała się ofiarą. Wszystko zmieniło się jednak w momencie, kiedy wróciła z rocznego pobytu w Paryżu. W Tate coś odżyło. Zaczęła się stawiać i obiecała sobie, że już nigdy nie uroni przez Jareda choćby jednej łzy. Ale czy to postanowienie okaże się do zrealizowania ? Czy naprawdę można przekreślić najlepszego przyjaciela, mimo że wydaje się, że on przekreślił cię już wieki temu ?

"Ale to, co w sobie tłumisz, tylko cię osłabia."

Jeśli oczekujecie od książki, tego że wciągnie was niemalże od pierwszych stron, to "Dręczyciel" jest właśnie taką historią. Nie oznacza to oczywiście, że po prologu nie można się oderwać, ale jeśli będziecie już w połowie, to obiecuje Wam, nie zmrużycie oka dopóki nie dobrniecie do końca.
Penelope Douglas naprawdę napisała cudowne new adults. Uwzględniła wszystko to, czego oczekuje od takiej właśnie historii. Była przyjaźń, tajemnica, uczucie między bohaterami, a poza tym książka była moim zdaniem naprawdę dobrze napisana, a bohaterowie świetnie wykreowani. Mimo, że większość postrzega pewnie Jareda jako niezłego drania, to ja zakochałam się w jego osobie, tak samo jak w postaci jego najlepszego przyjaciela - Madoca. Wydaje mi się, że gdyby nie on, ta historia nie byłaby aż tak cudowna.
Z tego co wiem, mają zostać wydaje kolejne części tej historii i ja osobiście nie mogę się już doczekać, kiedy kolejne książki tej autorki znajdą się na mojej półce. Tymczasem "Dręczyciela" oceniam na mocną dziewiątkę i mam nadzieję, że podobnie jak pokochacie tę opowieść.

wtorek, 28 lutego 2017

12 "Czerwona Królowa"


 „Każdy może zdradzić każdego.”

Gdy ktoś rzuci okiem na moje półki z książkami, przede wszystkim dostrzeże romanse. Dużo romansów. Ale jeśli ten ktoś przyjrzy się dogłębniej, znajdzie historie, którymi zaczytywałam się kilka lat temu. Seria „Gone. Zniknęli”, „Harry Potter”, moje ukochane „Igrzyska śmierci”, czy też „Pamiętniki Wampirów”. Fantastyka. Tematyka, którą w ostatnim czasie pominęłam, trochę zapomniałam, jednym słowem porzuciłam. I teraz kiedy właśnie odłożyłam „Czerwoną Królową” zastanawiam się dlaczego na dobrą sprawę się tak stało. Bo przecież fantastyka naprawdę może być cudowna. Na całe szczęście przypomniała mi o tym Victoria Aveyard, która wprost mnie oczarowała wykreowaną przez siebie historią. I przyznam się Wam szczerze, że nie pamiętam kiedy ostatnio siedziałam jak na szpilkach, starając się zmusić mózg do szybszego czytania, bo wprost nie mogłam się doczekać zakończenia. 

"Stwarzanie nadziei, gdy w rzeczywistości jej nie ma, to okrucieństwo. Fałszywa wiara wywołuje rozczarowanie, ból i wściekłość, przez co niełatwe sprawy stają się jeszcze trudniejsze."

Światem Mare rządzą podziały. Srebrni i Czerwoni. Silni, fantastyczni, nieustraszeni i Ci nadający się jedynie do ciężkiej pracy i służby. To w której grupie będziesz, zależy od koloru twojej krwi. Ale pojawiają się ludzie, który pragną to zmienić. Szkarłatna Gwardia, działająca pod hasłem: "Powstaniemy. Czerwoni niczym świt". Do organizacji z czasem dołącza główna bohaterka, która na skutek niespodziewanych zdarzeń ze zwykłej czerwonej staje się srebrną księżniczką królestwa Norty. W najbliższym czasie ma zostać wydana za księcia Mavena, a małżeństwo to ma zamaskować jej prawdziwą naturę. Mare jest bowiem czymś więcej, połączeniem krwi srebrnej i czerwonej, która sprawia, że jest potężniejsza niż wszystkie żyjące dotąd istoty. Ale jak potoczą się losy dziewczyny ? Czy uda jej się przechytrzyć królową Elarę i wraz z gwardią raz na zawsze skończyć z podziałami ?  Jak potoczy się jej relacja z Mavenem i jego starszym bratem Calem, który próbując zmienić jej życie na lepsze, wplątał ją w niespodziewane i niebezpieczne wydarzenia ? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, to sięgnijcie po "Czerwoną Królowa" :) Od razy uprzedzam, że romansowy wątek również w niewielkim stopniu się tutaj pojawia. 

"Świat naokoło się zmienił, a my pozostaliśmy niezmienni."

Kiedy zastanawiałam się nad tą recenzją, nie bardzo wiedziałam jak mam ją napisać. Bo przecież nie mogę spoilerować, ale z drugiej strony tak bardzo chciałam Wam opowiedzieć o tym wszystkim co przeczytałam. Niczego nie ukrywać, nie pozostawiać pod kloszem tajemnic, a wręcz przeciwnie, wyśpiewać każde zdarzenie, bo książka wywarła na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Teraz katuje się w myślach, gdy sobie pomyślę, że od premiery minęło tak dużo czasu, a mi dopiero teraz udało się nadrobić zaległości.
Oczywiście już zaczęłam czytać kolejny tom więc w najbliższym czasie możecie się spodziewać recenzji "Szklanego Miecza", który jest podobno jest jeszcze lepiej napisany. Nie mam pojęcia jak przetrzymam to napięcie. Chyba muszę wziąć najpierw udział w jakimś kursie szybszego czytania, czy coś w ten deseń. Tymczasem "Czerwoną Królową oceniam na mocną ósemkę:)

A Wy kochani ? Czytaliście może tę książkę ? Jeśli tak, to jakie macie wrażenia ?

"Prawda się nie liczy. Liczy się to w co wierzą ludzie."



środa, 22 lutego 2017

11 "Bądź ze mną"



Ostatnio złapała mnie jakaś niechęć na czytania. Za co się nie zabierałam, odkładałam to po przeczytaniu kilku stron bo w żaden sposób nie mogłam się wciągnąć. Ale z drugiej strony targały mną również wyrzuty sumienia, bo przecież nie mogę zaniedbywać moich czytelników, prawda ? I na całe szczęście przypomniałam sobie o książce zakamuflowanej gdzieś na moim Kindle’u. Czytałam ją już tak wiele razy i uznałam, że idealnie nada się na wyciągnięcie mnie z czytelniczego dołka. Bo co innego by podziałało jak nie gorący romans z świetnie wykreowanymi bohaterami i całkiem niezłą fabułą owianą tajemnicą i wydarzeniami, których trudno się spodziewać ? Jeśli podobnie jak ja kochacie takie historię, to koniecznie musicie przeczytać „Bądź ze mną” J.Lynn. Koniecznie ! :)

„Milczenie nie jest żadną wartością. To choroba; żal, który się trawi i miesza ci w głowie.”

Teresa to dziewczyna, której świat przez jeden nieudany skok wywrócił się do góry nogami. Kontuzja kolana zaprzepaściła jej marzenia o karierze tanecznej i sprawiła, że bohaterka zamiast wyjechać do Nowego Jorku, gdzie miała trenować pod okiem najlepszych nauczycieli, była zmuszona wymyślić „Plan B” na resztę życia. Okazały się nim studia nauczycielskie na uniwersytecie, gdzie uczęszczał jej starszy brat Camerom, a tym samym najlepszy przyjaciel Jase’a, w którym Tess od długiego czasu była zadurzona. Cała fascynacja rozpoczęła się rok wcześniej, kiedy miedzy postaciami doszło do pocałunku, o którym Teresa nie mogła zapomnieć. A Jase ? Chłopak przez ten czas starał się jej unikać. Nie odpisywał na maile, smsy, nie przyjeżdżał w odwiedziny do Camerona, usunął się całkowicie z jej życia.
Wszystko skomplikowała jadnak nauka na tej samej uczelni. Bo przecież przez cały czas nie można się ignorować i udawać, że nic się nie stało. To znaczy pewnie w prawdziwym życiu by to przeszło, ale to jest romans, a tam pisarze mogą posunąć się do wszystkiego.

„Śmierć zawsze przypomina żyjącym, żeby żyli - żyli teraźniejszością i patrzyli w przyszłość.”

Po zagłębieniu się w historię, czytelnik widzi, że główni bohaterowie nie są sobie obojętni. Zależy im na sobie no i do tego targa nimi pożądanie, ale mimo wszystko Jase ciągle odtrąca dziewczynę. Nie chce się angażować, bo uważa, że skrywane przez niego tajemnice przerosną Teresę i ta z biegiem czasu sama stwierdzi, że rodząca się między nimi relacja nie ma sensu. Poniekąd boi się odrzucenia, bo uważa, że przeszłość tak bardzo skomplikowała jego teraźniejszość i przyszłość, że może nigdy nie będzie zasługiwał w pewni na szczęście. Czy się myli ?

„Starałem się trzymać od ciebie z daleka. Próbowałem ignorować to co do ciebie czuję. Bo wiem, że nie wolno mi tego czuć. Ale to walka z góry skazana na niepowodzenie. I nie chcę już dłużej walczyć.”

Książka jest drugim tomem serii „Zaczekaj na mnie”, ale uważam, że „Bądź ze mną” jest o niebo lepsze od pierwszej części. Jest w niej tak naprawdę wszystko, co składa się na moim zdaniem udaną historię. Miłość, przyjaźń, tajemnice, elementy zaskoczenia. W dodatku autorka pisze ciekawym, zgrabnym językiem, co powoduje, że strony przekręcają się w bardzo szybkim tempie. I wiecie co ? Zazdroszczę wszystkim tym, którzy mają jeszcze tę historię przed sobą, bo naprawdę ma ona w sobie „to coś” i jestem pewna, że to nie był ostatni raz kiedy do niej wróciłam. I chyba nikogo nie zdziwi to, że po tych moich wszystkich zachwytach oceniam ją na 9 z ogromnym plusem :)


A wy kochani, czytaliście ? Może macie w planach ? O wiem, podajcie mi koniecznie tytuły, który wyprowadzają was z czytelniczej depresji :D

środa, 15 lutego 2017

Medyczny Book Tag



Hej wszystkim !
Przyszedł czas na post zapychacz na blogu :D Pomyślałam, że same recenzje mogę być troszkę nudne, a po podpatrzeniu tego tagu na blogu My love are books stwierdziłam, że po prostu muszę go zrobić u siebie. No dobra, to zaczynamy ^^

1. Anestezjologia - książka tak nudna, że prawie Cię uśpiła.


Ciężki wybór, miałam kilka propozycji począwszy od szkolnych lektur, do tak zwanych "Bestsellerowych niewypałów". Ostatecznie jednak wybieram "Papierowe Miasta" Johna Greena. Nie wiem jak wy, ale ja ledwo dotrwałam do końca. 


2. Diagnoza- smutna książka. 


Próbowałam przypomnieć sobie książki przy których płakałam, ale niestety tak się składa, że bardzo często wzruszam się przy romansach. Jednak jedno z najsmutniejszych zakończeń moim zdaniem miał "Promyczek"


3. Zawał- książka z nagłym zwrotem akcji.


Nie wiem czy można to nazwać nagłym zwrotem akcji, ale Hoover w "Hopeless" naprawdę mnie zaskoczyła tym wątkiem dotyczącym dzieciństwa bohaterów i ojca Sky. Mam nadzieję, że mnie rozumiecie. 

4. Dentysta- książka której szczerze nie lubisz.


Tutaj wybór był prosty. "Bez ciebie nie ma lata" denerwowała mnie na każdym kroku i momentami miałam ochotę rzucić książką o ścianę. 


5. Panie doktorze! Straciliśmy pacjenta...- książka z zupełnie niespodziewaną śmiercią.


Odpowiedź jest tylko jedna - "Kosogłos". Ci co czytali z całą pewnością rozumieją o co mi chodzi. 

6. Operacja- książka podczas której wstrzymywałaś oddech ze zdenerwowania i napięcia.


W napięciu najbardziej trzymała mnie seria "Gone. Zniknęli". I mimo, że czytanie czwartej części strasznie mi się dłużyło, to naprawdę nie mogłam się doczekać jak rozwinie się sprawa ETAP-U i głównych bohaterów. 

7. Pobieranie krwi- krwawa książka!


Tutaj moim zdaniem najlepiej wpasuje się seria "Pamiętniki Wampirów". Dużo morderstw, nawet bardzo. Ale kocham to co stworzyła J.Lynn, pomimo że skończyłam moją przygodę z wykreowanymi przez nią bohaterami już kilka lat temu.

8. Komu lekarstwo? - książka z gorzkim zakończeniem.


Do ostatniego momentu wierzyłam, że "Zanim się pojawiłeś" skończy się zupełnie inaczej. Płakałam jak bóbr. 

9. Zawroty głowy- książka ze świetnym wątkiem miłosnym.

Jako czytelniczka romansów, tutaj miałam duży problem. Nawet bardzo duży. Ostatecznie jednak zdecydowałam, że mój ulubiony wątek miłosny jest w "Pieśni Dawida". Uwielbiam tą książkę ! 


10. Rozprzestrzeniająca się zaraza czyli kogo tagujesz?

Stwierdziłam, że nie będę nikogo nominowała. Jeśli tag się komuś spodobał to serdecznie zachęcam do wrzucenia go na swojego bloga. 

poniedziałek, 13 lutego 2017

10 "Idealna chemia"



Ale wiem, że kochać kogoś znaczy stracić kawałek siebie. 
Czasem idealność bywa męcząca. Ludzie próbują przestrzegać z góry ustalonego schematu, zatracając przy tym własne poglądy i osobowość. Stają się aktorami występującymi w beznadziejnej sztuce, w której tak na dobrą sprawę nawet nie mieli ochoty grać. Taki los przypadł również głównej bohaterce książki pod tytułem "Idealna chemia" - Brittany Ellis. Dziewczyna wychowywała się w na pozór idealnym domu, ma idealne oceny, idealne miejsce kapitana w składzie cheerliderek i idealnego chłopaka. Brit jest postrzegana przez wszystkich jako wielki ideał i nie może pozwolić sobie na choćby najmniejsze potknięcie, bo mogłoby to doprowadzić do zaburzenia pracy całego otaczającego ją świata. Wszystko zmienia się jednak w momencie, kiedy na lekcji chemii zostaje usadzona wraz z najniebezpieczniejszym chłopakiem chodzącej do jej szkoły, meksykaninem należącym do gangu, czyli z Alejandro Fuentesem. 

Nikt nie jest tu na zawsze.Trzeba żyć chwilą, każdym dniem... być tu i teraz.

Na początku miedzy bohaterami nie ma nic prócz nienawiści. Na pozór dzieli ich tak właściwie wszystko. Status społeczny, przekonania czy pochodzenie. On wywodzi się z biednej strony miastka, przed którą Britt była wielokrotnie ostrzegana i pała do niego dużą niechęcią. Nie podoba jej się jego pewność siebie i agresja. Ale przede wszystkim, początkowo się go po prostu boi. Z czasem jednak Alejandro, lub też Alex, jak wolał być nazywany, pod wpływem zakładu próbuje zbliżyć się do dziewczyny. Nie jest to jednak tak łatwe jak się tego spodziewał, ale z czasem udaje mu się przebić przez mury Brittany. Bohaterowie otwierają się na siebie, dzielą swoimi uczuciami i zakład przestaje być już w pewnym momencie najistotniejszą dla Alexa sprawą. Rodzi się miedzy nimi uczucie, którego oboje się boją i na które nie są w żadnym wypadku przygotowani. Zapominają, że szczęście nigdy nie będzie im dane, że dwa tak odmienne światy nigdy nie będą mogły się połączyć, ale mimo wszystko próbują postąpić na przekór wszelkim oczekiwaniom. 

Za każdym razem, gdy odrzucam cudze oczekiwania i w końcu robię to, co moim zdaniem jest właściwe, czuję się silniejsza.

O książce dowiedziałam się z innego bloga recenzenckiego i pomimo tego, że historia wpisuje się bardzo w typowe standardy "new adults" to mi się podoba. Nie było w niej może nic odlotowego, ani wbijającego czytelnika w fotel, ale bardzo polubiłam wykreowane postaci. W szczególności Alejandro i jego najlepszego przyjaciela Paco, oraz Isabel. Mieli w sobie coś takiego przyciągającego, że nie mogłam się im po prostu oprzeć. 
Z tego co wyczytałam w internecie, wiem że "Idealna chemia" posiada również kontynuacje opowiadającą o losach młodszych braci Alexa, ale wydaje mi się, że w najbliższym czasie po nie nie sięgnę. Nie mniej jednak polecam pierwszą część wszystkim osobą, które potrzebują romansidła ze szczyptą niebezpieczeństwa i dreszczyku emocji. Ja tymczasem oceniam książkę na 7/10. 

-Czy to ma jakiś sens?-Ma. Ale wychodzi na to, że cierpię na chorobę maniakalno-depresyjną.-To normalne w miłości.

środa, 8 lutego 2017

09 "Pieśń Dawida"




Czasem uległość polega na odrzuceniu dumy, oddaniu kontroli i obdarzeniu kogoś miłością i zaufaniem, nawet jeśli ten ktoś na to nie zasługuje.
Czasem może nam się wydawać, że ucieczka jest jedynym rozwiązaniem. Że może w pewnym sensie uchroni to naszych bliskich przed cierpieniem, a nas samych od ich spojrzeń przepełnionych bólem i współczuciem. Pakujemy manatki, załatwiamy wszystkie formalne sprawy i wyjeżdżamy zostawiając po sobie jedynie stertę kaset, które mają tłumaczyć podjętą decyzję. Ale czy naprawdę jesteśmy aż tak głupi, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że nasi najbliżsi będą sobie niemalże wypruwać flaki, aby nas odnaleźć ? Wiedziałeś Dawidzie. Wiedziałeś to wszystko. Tylko dlaczego mimo wszystko zdecydowałeś się na ucieczkę ? 

"- Mojżesz powiedział mi kiedyś, że nie da się uciec przed sobą. Możesz biec, ukrywać się lub umrzeć, ale cokolwiek zrobisz, będziesz sobą. Przez długi czas byłem dość pusty. Trochę czasu zajęło mi rozgryzienie, co mogłoby mnie wypełnić." 
Dawid po poznaniu Mojżesza zmienił się o 360 stopni. Odnalazł siebie, swoją drogę. Przestał miewać myśli samobójcze i po prostu zaczął żyć. Kiedy wszystko układało się po jego myśli, poznał tajemnicza dziewczynę. Millie, bo tak się nazywała, pracowała w jego barze jako tancerka. Ku zdziwieniu Taga, bohaterka okazała się niewidoma. Jej matka niedawno zmarła, ojciec ulotnił się kilka lat temu i jedyną bliską osobą jaka jej została, był Henry - młodszy brat, cierpiący na pewnego rodzaju zaburzenia umysłowe. Między bohaterami początkowo nawiązała się przyjaźń, która z czasem zmieniła się w silniejsze uczucia. Jednak w pewnym momencie David po prostu zniknął. Zostawił Millie, Henrego i Mojżesza, przyjaciół z klubu i rodzinę i po prostu wyjechał. Nikt nie wiedział dlaczego, ale też żadne z nich nie chciało się poddać. Postanowili, że znajdą Taga mimo wszystko i sprowadzą go do domu. 
"- Kiedy zaczniesz wierzyć w to, że zasługujesz na miłość ? - zawołała za mną wyraźnym i opanowanym głosem, który nieznacznie drżał pod wpływem z trudem tłumionej furii."

Po przeczytaniu pierwszej części, nie sądziłam, że autorka może mnie już czymkolwiek zaskoczyć. No bo jak można pobić historię o Georgii i Mojżeszu ? No jak ? Dlatego początkowo miałam pewne obiekcje co do sięgnięcia po "Pieśń Dawida". Nie chciałam, żeby możliwy niewypał lektury przyczynił się do mojej opinii co do twórczości Amy Harmon. Ale w końcu pod wpływem chwili i przecen, zamówiłam książkę i teraz z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to była jedna z najlepszych czytelniczych decyzji w moim życiu. Bo jak się okazało, opowieść o Tagu wprost bije na głowę "Prawo Mojżesza".  I wybacz mi Colleen Hoover, ale właśnie straciłaś pozycje mojej ulubionej pisarki książek o miłości. 

"-Najbardziej intymnym przeżyciem jest pozwolenie, by ukochane osoby zobaczyły nas w najgorszej formie. Wtedy, gdy jesteśmy najsłabsi. Prawdziwa intymność jest wtedy, gdy nic nie jest idealne. A ja nie sądzę, żebyś był gotów na intymność ze mną, Dawidzie."

I wiecie co ? Mimo tego, że wprost kocham romanse i pewnie nie mogłabym się bez nich obejść, to naprawdę nienawidzę schematycznych historii. No wiecie, takich z cyklu: "Jest piękna/przystojny, zakocham się." Nie cierpię takich banałów i Amy Harmon absolutnie mi ich nie daje. Wykreowana przez nią fabuła wnosi zawsze coś nowego i trudnego do powtórzenia i to jest niesamowite. Bo mimo tego, że 'new adults' przez większość może wydawać się już oklepane i mało zaskakujące, to ta kobieta wprost zaskakuje mnie na każdym kroku i chyba dlatego najbardziej ją cenię. Teraz zostało mi jeszcze "Making faces" i nie wiem czy się trochę nie wstrzymam z tą książką. Bo co wtedy będę czytała ? Mam nadzieję, że w Polsce zostaną jeszcze wydane jakieś książki. Tymczasem "Pieśń Dawida" oceniam na 10/10, choć ta skala wydaje mi się i tak mało odpowiednia. 

"- To pamiątka z czasów, gdy bardzo nie chciałem żyć - wyznałem bez skrępowania. - To było dawno temu. Teraz się kocham. Nie martw się." 

środa, 1 lutego 2017

Podsumowanie stycznia !



Przyszedł czas na podsumowanie miesiąca, a tym samym na pierwszy zamieszczony taki post na blogu.  Z jednej strony jestem bardzo podekscytowana, ale z drugiej troszkę się obawiam, bo kompletnie nie wiem jak się za to zabrać. Nienawidzę schematów i staram się ich unikać, gdy tylko mogę. Dlatego mam nadzieję, że przy tej okazji również wymyślę coś swojego.  Ale czy mi się uda ? Nie mam pojęcia, koniec końców wyjdzie w praniu. 

Millie powiedziała mi kiedyś, że piękną piosenkę poznaje się po tym, że może cię zdruzgotać. Możliwe, że po tym samym poznaje się piękne zycie. Po tym, że może cię zdruzgotać. Może właśnie dopiero dzięki temu wiemy, że naprawdę żyliśmy. I że naprawdę kochaliśmy. - "Pieśń Dawida" 
Kiedy zaczęłam prowadzić bloga, nie spodziewałam się cudów na kiju. Z góry założyłam, że będę pisała bardziej dla siebie, a jedynie sporadycznie pojawi się jakiś czytelnik, który wpadnie przypadkiem i nie zagrzeje długo miejsca. No bo kto na dobra sprawę chciałby czytać te moje wypociny ? Przecież blogosfera przepełniona jest stronkami recenzenckimi dużo lepszymi od mojej. Mimo wszystko jednak wymyśliłam sobie jakiś mały oryginalny adres i zabrałam się za pisanie. I możecie się jedynie domyślać jaka jestem teraz spełniona gdy widzę tych 14 obserwatorów i ponad tysiąc wyświetleń. Serio, nie wiem jak to robicie, ale jesteście wielcy. ( W tym momencie przybijam mentalną piątkę z moimi stałymi odbiorcami :D ) 

Nie potrafię wyrazić tego, jak się poczułam. I jak się wciąż czuję. Nie potrafię. Słowa wydają się płytkie i puste. - "Prawo Mojżesza"
To teraz po tych moich wywodach przyszedł chyba czas na statystyki. Będzie trochę nudno, no ale ten post w końcu ma być podsumowaniem moich wyników czytelniczych.  W tym pięknym, zimym miesiącu śliskich ulic i chodników udało mi się przeczytać 5 książek i jestem właśnie w połowie "8 Życia". Co prawda recenzja "Pieśni Dawida" jeszcze się nie ukazała, ale będzie miała swoją premierę na początku lutego.  Ponadto na blogu zamieściłam 8 postów i jestem z tego wyniku bardzo dumna. 
Próbuję dostrzec magię codziennych cudów: fakt, że moje serce nadal bije, że mogę unosić stopy i chodzić, że jest we mnie coś wartego miłości.  - "Morze spokoju"


I wiecie co ? Pomyślałam, że każdego miesiąca jednej książce będę nadawała Koronę Książkomaniaczki na znak, że opowieść była fenomenalna. Ale jeśli coś mi się nie spodoba, naznaczę to Berłem nieudacznicy Dzięki Gerberko za pomysł z tym berłem ). 

I jeśli z Berłem nieudacznicy było dość łatwo, bo od razu do głowy przyszło mi "Tego lata stałam się piękna" czyli książka, która dosłownie irytowała mnie na każdym kroku, to z Koroną Książkomaniaczki było o wiele trudniej. Jednak to długim namyśle zdecydowałam, że "Pieśń Dawida" była historią doskonałą. Imponowała mi na każdym kroku i wprost zakochałam się w głównym bohaterze.


A wy ? Ile książek udało Wam się przeczytać w tym miesiącu ? Chwalcie się swoimi wynikami :) 

piątek, 27 stycznia 2017

08 "Chłopak który stracił głowę"



Przed sięgnięciem po "Chłopaka który stracił głowę", nie czytałam tak naprawdę żadnych recenzji. Zachęcił mnie raczej opis, ciekawa okładka i ciągle pojawiające się posty na Facebooku promujące tę właśnie opowieść. Po przeczytaniu zapowiedzi, stwierdziłam, że autor wymyślił coś nowego, a przynajmniej ja nie spotkałam się dotychczas z czymś podobnym. Mieliśmy poznać 16-letniego Travisa, który cierpiał na nieuleczalnego raka. Choroba wyniszczała jego organizm, aż w końcu ciało przestawało nadawać się do jakiegokolwiek użytku. Kiedy chłopak już w pewnej mierze pogodził się z nadchodzącym odejściem, pojawiła się szansa. Został zaproszony do udziału w eksperymencie, który mógł zmienić jej los. Nie widząc innego wyjścia, bohater decyduje się na poważny zabieg. Budzi się pięć lat później. Nic nie jest jednak tak jak powinno. Najlepszy przyjaciel i dziewczyna są już dorośli. Rodzice skrywają przed nim poważny sekret, a on sam musi ponownie zmierzyć się z licealnym koszmarem, tym jednak razem bez wsparcia ukochanych bliskich. 

Wierzcie mi: życie może się zmienić z fajnego i udanego w jakieś gotyckie smuty szybciej, niż będziecie w stanie powiedzieć: "Ostra białaczka limfoblastyczna."

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia budzicie się jak ze zwykłej drzemki. Nic nie jest jednak tak, jak zapamiętaliście. Najbliżsi się postarzeli, zalewają się łzami na wasz widok. Ponadto wasze ciało, do którego zdążyliście się już przyzwyczaić przez tych kilkanaście lat, zostało wymienione na nowe. Najprawdopodobniej lepsze, a co najważniejsze, zdrowe.Media na całym świecie aż huczą na wasz temat. Dlaczego ? W końcu nie codziennie przechodzi się zabieg przeszczepienia głowy do innego tułowia. Jesteście jedną z dwóch osób, które: "(...) kopnęła śmierć w tyłek, jakby była burym kundlem. " 
Mówi się, że kiedy ktoś umiera, wraz z nim umiera jakaś cząstka nas wszystkich. I pewnie dlatego to musi tak boleć. Przez całe życie tracimy różne części siebie, aż w końcu nie mamy już nic do stracenia.

Whaley w swojej książce stworzył nowy etap życia Travisa. Przedstawił go jako osobę, która nie może pogodzić się z utraconą przeszłością i za wszelką cenę próbującą ją odzyskać. Jednak od jego ostatniego spotkania z bliskimi minęło już dobrych pięć lat. Wszystko tak naprawdę uległo zmianie. Rodzice skrywają przed nim poważny sekret, najlepszy przyjaciel dziwnie się zachowuje, a ukochana dziewczyna.,, Ma narzeczonego i bez wątpienia nie jest nim główny bohater.
 Nie możemy marnować całego życia na obsesyjne myślenie, o tym, jak to było przedtem. bo to zdecydowanie nie pomaga.

Książka na pewno nie jest historią miłosną, tak jak obiecuje inny świetny pisarz - John Green, którego recenzja została umieszczona na okładce. Opowieść jednak mimo wszystko mi się spodobała. Nie jest może jakaś głęboka, zaskakująca, czy trzymająca w napięciu, ale autor wykreował naprawdę świetnych bohaterów/ Wprost zakochałam się w Hattonie, najlepszym przyjacielu Travisa z nowego życia. "Może i był żydem, ale jego prawdziwą religią były dziewczyny."  
"Chłopak który stracił głowę" idealnie nadaje się na wolny wieczór, możemy się trochę pośmiać, czasem też wywrócić oczami na dziecinne zachowanie Travisa.


 Moja ocena 6/10 

niedziela, 22 stycznia 2017

07 "Prawo Mojżesza"

Jeśli nie kochasz, nikt nie zostaje zraniony. Łatwo odejść. Łatwo pogodzić się ze stratą. Łatwo dać sobie spokój.


W ostatnim czasie było bardzo głośno o tej książce. Przeczytałam sporo recenzji na jej temat, aż w końcu powiedziałam sobie: "STOP ! Natalka, musisz nadrobić czytelnicze zaległości". Kilka dni póżniej "Prawo Mojżesza" dostało się w moje ręce i rozpoczęłam przygodę z twórczościom pani Harmon.  Początkowo myślałam, że pochlebne opinie są przesadzone, jadnak już po przeczytaniu prologu wiedziałam, że autorka nieźle poharata moje wnętrze i przez długi czas nie będę mogła się pozbierać. I mimo, że książkę skończyłam już w grudniu, to w dalszym ciągu nie jestem w stanie znaleźć słów, które oddadzą to co czułam, kiedy zagłębiałam się w historię Georgii i Mojżesza. Ta opowieść była po prostu fenomenalna ! ( Chociaż w sumie dalej nie jestem pewna, czy to słowo w pełni oddaje jej cudowność ) 

A po jego odejściu ? Wcale nie było lepiej, tylko gorzej. Każdy kolejny dzień był coraz trudniejszy. Żal był tak samo intensywny, smutek tak samo przenikliwy, a perspektywa tych wszystkich dni bez niego równie trudna do zniesienia.

On był wycofany i chłodny. Do wszystkiego podchodził z rezerwą i miał tajemnice, którymi z nikim nie chciał się dzielić. Ją zaś można opisać jako typowego uparciucha, który zawsze musi postawić na swoim, niezależnie od konsekwencji. I kiedy Mojżesz pojawił się w jej okolicy, kiedy podjął prace na farmie jej rodziców, postanowiła, że przebije się przez jego mury i jakoś do niego dotrze. 
I nie chce pisać już tutaj nic więcej. Nie chcę spoilerować. Nie chce ujawniać choćby najmniejszego rąbka tajemnicy, bo uważam, że każdy czytelnik zasługuje na to, żeby przeżyć tę przygodę sam. Mam nadzieję, że uda wam się zagłębić w tej opowieści i podbije ona wasze serca. Sprawi, że coś poczujecie, momentami może zapłaczecie. Ale to przecież dzięki emocjom kochamy czytać, prawda ? 

- Będziemy po prostu uciekać, Mojżeszu. Jak ty to mówiłeś? Tu, tam, na drugi koniec świata? Nie uciekniemy od siebie samych, więc będziemy razem, dopóki każdy z nas nie odnajdzie siebie, dobrze? Dopóki nie wymyślimy, jak się z tym uporać.

 Nie mogłam się oderwać od lektury, ale mimo wszystko próbowałam jak najbardziej odciągnąć w czasie jej zakończenie. Przeczytanie ostatniej linijki oznaczało bowiem koniec przygody. Koniec ze wcielaniem się w wykreowany przez autorkę świat i co najgorsze, koniec z bohaterami, do których zdążyłam się już przywiązać. Nic jednak niestety nie trwa wiecznie i w końcu musiałam odłożyć "Prawo Mojżesza" na półkę biblioteczki. Aczkolwiek, wydaje mi się że często będę wracała do tej historii, choćby po to, żeby prześledzić wzrokiem ulubione cytaty. W planach mam już kolejne książki tej autorki, czyli "Pieśń Dawida" oraz "Making Faces" i mam nadzieję, że spodobają mi się równe mocno jak ta opowiadająca o losach Mojżesza i Georgii, którą oceniam oczywiście na 10. 

Podeszłam do niego, ujęłam jego twarz w dłonie i mocno go pocałowałam. To był przypuszczalnie najgorszy pocałunek świata w historii wściekłych pocałunków

piątek, 20 stycznia 2017

06 "Tego lata stałam się piękna" + wymiana książek



Pierwsza miłość, sercowe rozterki. Jedna dziewczyna – dwóch zakochanych w niej braci.

Belly liczy czas w porach roku. Wszystko, co niezwykłe i magiczne, przytrafia się jej między czerwcem a sierpniem. Zimą dziewczyna odlicza tygodnie dzielące ją od lata, od domku przy plaży, Susanny i – co najważniejsze – od Jeremiego i Conrada. Poznała ich dawno temu. Najpierw traktowała jak braci, a potem pokochała jak chłopaków. Tego lata, tego pięknego i koszmarnego lata, wszystko zaczyna się zmieniać. Ale czy skończy się tak, jak już dawno powinno się skończyć? (opis zamieszczony z tyłu) 

Chwila, która przepadnie, nigdy już nie wraca. Mija bezpowrotnie i tyle. 

Czasem mam zbyt wygórowane oczekiwania jeśli chodzi o książki. Czytam opis zamieszczony na tyle okładki i spodziewam się fajerwerków, cudów na kiju, jednym słowem wielkiego 'wooow'. I zazwyczaj jeśli z początku jestem pozytywnie nastawiona, to kiedy doczytuje ostatnią stronę, okazuje się że dana pozycja jest totalnym rozczarowaniem. Że zamiast cudownej historii, jakiej się spodziewałam, otrzymałam gniot, którym momentami miałam ochotę rzucić o ścianę. Nie inaczej też było w przypadku "Tego lata stałam się piękna", czyli opowieści, przez którą na moment zapomniałam dlatego tak bardzo kocham czytać.  
 Znowu przez sekundę było mi smutno, a potem nagle, ni stąd ni zowąd, naszło mnie natchnienie. Natchnienie - wspomnienie, zachowane w moim sercu jak liść w książce.

Miał być wakacyjny romans. Jedna dziewczyna kochających dwóch braci, borykająca się z trudnościami dotyczącymi tego, którego powinna wybrać. A tymczasem u boku jednego z nich pojawia się śliczna panna Red Sox, drugi nawet jakoś specjalnie nie zabiega o względy głównej bohaterki, która w międzyczasie zaczęła się jeszcze spotykać z chłopakiem poznanym na ognisku. Autorka może i pomysł miała dobry, ale nie umiała go zrealizować. Bynajmniej moim zdaniem. Jenny Han zamiast skupić się na budowaniu jakiejkolwiek relacji między postaciami, wplatała coraz to nowe wątki i problemy. Właściwie jedynym jasnym punktem tej opowieści była Susanna -matka chłopaków - którą jako jedyną obdarzyłam chyba sympatią podczas lektury.
Książkę oceniam bardzo nisko, daje jej jedynie 5/10 i nie sądzę, żebym jeszcze kiedyś chciała się zetknąć z twórczością tej autorki.


A wy ? Czytaliście może ? Jakie są wasze spostrzeżenia



Mam też do was pytanko, nie chcielibyście może wziąć udziału w wymianie książek, która polegałaby na wysłaniu swojej ulubionego tomu ( nie ma znaczenia czy nowego, czy też używanego ) do jakiegoś innego mola książkowego. Jeśli ktoś byłby zainteresowany, więcej szczegółów mogę przesłać drogą mailową :)