Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 maja 2017

17 "Zima koloru turkusu"


Oczywiście byłam świadoma, że alkohol nie jest rozwiązaniem, ale woda zasadniczo też nim nie była.

Za każdym razem, kiedy po przeczytaniu "Lata koloru wiśni" próbowałam zabrać się za jakąś inną książkę, odkładałam ją maksymalnie po stu stronach. Nie mogłam się wciągnąć, bo cały czas myślałam o zakończeniu pierwszego tomu i nic, absolutnie nic, nie potrafiło przekierować moich myśli na inny tor niż Elyas i Emely. W zasadnie nie wiem dlaczego tak się stało, ale w każdym męskim bohaterze próbowałam doszukiwać się przynajmniej malutkiej części pana Schwarza, a w każdej bohaterce tego humoru i ciętego języka jakim została obdarzona moja ulubiona studentka literaturoznawstwa. I kiedy teraz tak o tym myślę, to to wszystko przypomina mi jakieś głębokie zauroczenie. Tak, Carina Bartsch z całą pewnością oczarowała mnie tą historią, na czym niestety ucierpiała moja kwietniowa kariera czytelnicza, no ale cóż, mówi się trudno. Nie wiem jednak jak wyjaśnić to, że tak długo zwlekałam z sięgnięciem po "Zimę koloru turkusu", bo teraz kiedy jestem już po jej lekturze, moje zachwyty w dalszym ciągu nie ustąpiły. I wiecie, naprawdę mam nadzieję, że uda mi się Was przekonać do tej historii, bo jest po prostu cudowna.  

Jesteś facetem. Przyszedłeś na świat niespełna rozumu.

UWAGA, ZAWIERA SPOILER CO DO PIERWSZEJ CZĘŚCI, POMIŃ TEN FRAGMENT LUB CZYTAJ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ. 

Zakończenie pierwszej części początkowo wydawało mi się niemalże oczywiste. Wszystko zmieniło się jednak w momencie, kiedy odłożyłam "Lato koloru wiśni" na półkę mojej biblioteczki. Wycieczka pod namiot nie okazała się bowiem początkiem love story między głównymi bohaterami, a raczej końcem znajomości pomiędzy nimi. Co gorsza, wraz z brakiem wiadomości od Elyasa, przestały się również pojawiać maile od Luki - internetowego przyjaciela, którego Emely poznała kilka miesięcy wcześniej. Dni mijały, a dziewczyna nie mogła poradzić sobie z pustką, jaką odczuwała po utracie Schwartza i postanowiła działać. Mimo początkowych niechęci udała się na imprezę z okazji Halloween, na której miał pojawić się Elyas. Przez cały wieczór próbowała zacząć rozmowę, ale udało się to jej dopiero w momencie wejścia w stan upojenia. Ten wieczór zapoczątkował nowych rozdział w ich wspólnej historii, a przynajmniej tak się mogło wydawać, bo jak się później okazuje, Elyas nie jest tym za kogo się podawał. Czy Emely mu wybaczy ? A może odpuści i rozpocznie nowy rozdział w życiu ? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, koniecznie musicie sięgnąć po "Zimę koloru turkusu". Koniecznie ! :) 


-Emely, tylko nie wymiotuj w mustangu, dobrze? - Nie martw się, połknę.


Wiecie, naprawdę miałam problem z napisaniem tej recenzji. Moje słowa wydawały mi się takie niedopracowane i chaotyczne, ciągle mi czegoś brakowało, a przecież chciałam przekonać moich czytelników, do tego, aby w końcu sięgnęli po książki Cariny Bartsch. Później stwierdziłam jednak, że chyba nie jestem w stanie napisać czegoś lepszego, bo ta opowieść jakoś tak dziwnie na mnie wpłynęła. Historia na dobrą sprawę mieści się we wszystkich kategoriach typowych romansów, ale na swój sposób jest taka niecodzienna i wyjątkowa. I ja z mojej strony serdecznie ją Wam polecam :) 

Moja ocena 9/10 





poniedziałek, 10 kwietnia 2017

16 "Lato koloru wiśni" Carina Bartsch

-Wiesz co? Gdyby w słowniku były obrazki, obok słowa "dupek" znajdowałoby się twoje zdjęcie. -Wow- zaśmiał się- Można by pomyśleć, że mnie nie cierpisz. -Mogę tylko zasugerować, byś zaufał swojej intuicji.



Ostatnio trochę się pochorowałam. I wiecie ? Bycie przeziębioną, ma tylko jedną pozytywną stronę. Ogrom wolnego czasu, który można spożytkować na najróżniejsze czynności. Ja akurat postanowiłam, że leżenie w łóżku i dorzucanie do piętrzącej się już kupki kolejnej chusteczki, umilę sobie czytaniem. Bo co innego mogłoby mi poprawić humor lepiej niż dobra książka ? No dobra, może jakaś dobra czekolada, ale ciii... :) 
Przejrzałam więc moją biblioteczkę i zorientowałam się, że jeszcze nie tknęłam "Lata koloru wiśni". Dużo dobrego słyszałam o tej historii, ale przyznam się szczerze, że jakoś szczególnie mnie do niej nie ciągnęło. No dobra, nie ciągnęło mnie do niej do momentu, aż nie przeczytałam pierwszej strony, bo poźniej już przepadłam i skończyłam tego spaślaka w niecałe dwa dni :D I wiecie ? Mam nadzieję, że przekonam Was do tej książki, bo naprawdę ma ona w sobie to "coś". 

Czasem uświadamiamy sobie różne rzeczy dopiero, kiedy o nich opowiemy. Jeśli zachowujemy je dla siebie, możemy je upiększać, zniekształcać, a nawet wypierać. Wypowiedziane – stają wyraźnie przed oczami. Zaśmiej się komuś w twarz albo wykrzycz coś, czego ten nie chce sobie uświadomić.

Carina Bartsch główną bohaterką swojej książki uczyniła dwudziestotrzyletnią Emely - studentkę literaturoznawstwa mieszkającą w Berlinie. Fabuła rozpoczyna się w momencie, kiedy do stolicy Niemiec przeprowadza się jej najlepsza przyjaciółka Alex. Mimo, że Emely strasznie cieszy się, że będzie w końcu miała jedną z najbliższych osób niemalże na wyciągnięcie ręki, pojawia problem. Bardzo poważny problem. Otóż, panienka Schwartz postanowiła zamieszkać w mieszkaniu swojego brata, którego Emely nienawidziła z całego serca, a teraz miała widywać przy każdej nadarzającej się okazji. Nienawiść ta zrodziła się dokładnie siedem lat temu, kiedy zarówno Elyas jak i główna bohaterka chodzili jeszcze do szkoły. A o co dokładnie im poszło ? O tym musicie się oczywiście przekonać sami, ale ostrzegam, jeśli spodziewacie się kolejnego romansidła, gdzie po przebrnięciu przez 100 stron nienawiść zmieni się w wszechogarniającą miłość, to powiem tylko jedno, strasznie się przeliczycie. 
- (…) Dlaczego nie odpuścisz? Przeciągnął dłonią po włosach i wykonał kilka rybich ruchów ustami.- Nie wiem – zająknął się i obejrzał za siebie. – Może kręcą mnie trudne przypadki.
Mimo, że temat książki nie jest szczególnie oryginalny, język i styl pisania autorki wynagradza nam to w 100 procentach. Naprawdę, dawno nie czytałam tak przezabawnej książki. Dialogi między głównymi bohaterami to był moim zdaniem istny majstersztyk. Tak samo jak oczywiście ich kreacja. Zarówno postać Emely jak i Elyasa wydawały mi się bardzo realistyczne. Do tego dochodzi również Alex, istna wariatka, która mimo że czasami irytowała swoją naiwnością i dziecinnością, nadawała historii świeżego charakteru. Bym i zapomniała ! Jeśli chodzi o zakończenie, to nie myślcie, że jest ono takie oczywiste. Mimo, że od połowy byłam już pewna jak zakończy się "Lato koloru wiśni", to po przeczytaniu ostatniej strony byłam w totalnym szoku. 
Jeśli więc macie już dość typowych romansideł, gdzie główni bohaterowie wyznają sobie uczucia i przeżywają miłosne uniesienia już na początku książki, to serdecznie polecam Wam "Lato koloru wiśni". 

Moja ocena 9/10

Myślę, że miłość jest zdecydowanie zbyt często sprowadzana tylko do relacji dwojga ludzi, pomiędzy którym powstaje więź seksualna. Uczucia, które żywimy do rodziny, przyjaciół, to przecież nic innego niż miłość. Z tą tylko różnicą, że nie chcemy z nimi sypiać – przynajmniej w normalnych wypadkach.

- Emely, musisz mi pilnie w czymś pomóc. Nie wiedząc, czego ode mnie chce, odpowiedziałam: - Ręka w górę, ręka w dół, dasz radę bez mojej pomocy.
- A co to jest miłość w ogóle? - Kaprys natury, defekt genetyczny – nazwij to, jak chcesz. Faktem jest, że miłość istnieje tylko po to, by dwoje ludzi po prokreacji zostało razem tak długo, aż potomek osiągnie pełnoletność. 

piątek, 7 kwietnia 2017

15 "Hopeless"

Niesamowite co może zrobić Twojemu sercu brzmienie głosu, za którym tak się tęskniło.



Ostatnio, kiedy sprzątałam i układałam książki w mojej biblioteczce, natrafiłam na pozycję, dzięki której moja historia z czytaniem zaczęła się tak na poważnie. Z "Hopeless" jak i z samą twórczością Colleen Hoover zetknęłam się po raz pierwszy jakieś trzy, może cztery lata temu i po prostu się zakochałam. Autorka oczarowała mnie swoim stylem pisania, niesamowitą wyobraźnią i sposobem z jakim potrafiła przekazać czytelnikowi wszelkie emocje, jakie w danym momencie odczuwała wykreowana przez nią postać. I gdy po raz kolejny otworzyłam tę książkę i zaczęłam śledzić wzrokiem pozaznaczone cytaty, postanowiłam, że chyba nadszedł w końcu czas, by przypomnieć sobie tą wspaniałą historię. Dlatego też dzisiaj przychodzę do Was z jej recenzją. I szczerze ? Mam nadzieję, że pokochacie tą opowieść równie mocno. 

Do tej pory nie wierzyłam, że będę w stanie dzielić serce z jakimkolwiek mężczyzną, a co dopiero że oddam mu je w całości.
Życie Sky zmienia się nieodwracalnie w momencie, kiedy poznaje Dean Holdera. Chłopak jest tym, który ją intryguje i wywołuje w niej emocje, jakich dotychczas nie udało jej się doświadczyć. Oznacza jednak kłopoty, a tego Sky za wszelką cenę próbuje uniknąć. Trzyma go na dystans, bo ma złą reputację, ale przecież nie wszystkie plotki są prawdziwe. I kiedy dziewczyna się w końcu o tym przekonuje, wszystko uderza w nią niczym potężna fala. Bo Dean ma związek z jej przeszłością. Z przeszłością, o której Sky nawet nie miała pojęcia...
Nie możesz się wściekać z powodu prawdziwego zakończenia. To na sztuczne happy endy powinnaś się wkurzać.

Kiedy po raz pierwszy poznajemy postać Sky, może nam się wydawać, że jest ona troszkę dziwna. Niby z pozoru wydaje się być zwykłą przedstawicielką współczesnego pokolenia nastolatków, ale w miarę zagłębiania się w historię, czytelnik zdaje sobie sprawę, że jest w niej coś znacznie więcej. Tak samo jest również z Deanem. Choć przyznam się, że w jego osobie zakochałam się niemalże od pierwszego poznania. Intrygowało mnie jego usposobienie i tajemniczość. I podobało mi się, że nie został wykreowany na takiego typowego złego chłopca, jakich pełno spotykałam w innych książkach tego typu. Był zupełnie inny niż otaczająca go reszta i chyba dlatego aż tak bardzo go uwielbiam. 
Jeśli jeszcze nie czytaliście tej książki, to naprawdę Was do tego zachęcam ! :) Hoover naprawdę odwaliła kawał dobrej roboty i ja osobiście po raz kolejny jestem pod wrażeniem. Naprawdę nie wiem jak ta kobieta to robi, ale potrafi wycisnąć ze mnie hektolitry łez. I chyba nikogo nie zdziwi to, że historię o Sky i Deanie ocenię na 10/10.

Doskonale to wiem, dzielimy przecież ten sam ból. Tak się właśnie dzieje, gdy ludzie stają się jednością: od tej pory dzielą się nie tylko miłością. Wspólny jest także ich ból, smutek, rozpacz.

poniedziałek, 20 marca 2017

14 "Making Faces"



Nie ma smutku, jeśli wcześniej nie było radości.


Wydawało mi się, że żaden pisarz już niczym szczególnym mnie nie zaskoczy. Jako czytelniczka new  adults jestem zazwyczaj przygotowana na z góry ustalony schemat. No wiecie, bohaterowie, których przeszłość owiana jest tajemnicą i z czasem rodzące się między nimi uczucie. Ale tym razem Amy Harmon zrobiła mi naprawdę bardzo miłą niespodziankę. Stworzyła coś niekonwencjonalnego, Historię, którą czytałam z zapartym tchem i nawet kilka dni po jej ukończeniu, nie mogę wyrzucić jej z pamięci. Zakochałam się i wzbogaciłam o kolejną ulubioną pozycję, która teraz pięknie ozdabia moją biblioteczkę. I wiecie co ? Tą książką autorka jeszcze mocniej utwierdziła mnie w przekonaniu, że ma naprawdę wspaniałe pióro i wyobraźnię, która nie zna granic, a talentu może jej naprawdę pozazdrościć wielu współczesnych twórców. 


Kiedyś bałem się, że pójdę do piekła. Ale teraz w nim jestem i wcale nie wydaje się takie straszne.

Główną bohaterką książki napisanej przez Amy Harmon jest Fern Taylor - dziewczyna skrycie podkochująca się w jednym ze członków szkolnego zespołu zapaśniczego. Ambrose Young początkowo imponował jej jedynie niecodzienną urodą, ale z czasem zaczęła dostrzegać w nim bardziej znaczące cechy. Kiedy podszywając się pod przyjaciółkę, wymieniła z nim listy miłosne, zrozumiała, że Ambrose to przede wszystkim osoba bardzo inteligentna, wrażliwa i przepełniona empatią. Jednak z czasem chłopak niestety dowiedział się o spisku i nie chciał mieć nic wspólnego z Fern. Odniósł wrażenie, że dziewczyna jedynie bawiła się jego uczuciami i próbowała go ośmieszyć. Sytuacja między nimi zmieniła się dopiero kilka lat później, gdy Young wrócił z Iraku, gdzie służył w jednostce wojennej. Nie był jednak już tym samych chłopakiem. Odniósł liczne obrażenia, które trwale go oszpeciły, a co gorsza stracił najbliższych przyjaciół, którzy zginęli od wybuchu bomby. Czuł się winny i nie potrafił ruszyć do przodu. I wtedy w jego życiu na nowo pojawia się Fern. Ale czy uda się jej przebić przez jego grube mury ? Czy ocali Ambrosa Younga przed jego własnymi demonami ? 

Życie dało Ambrose'owi nową twarz, a Fern zastanawiała się, czy on kiedykolwiek będzie w stanie to zaakceptować.
Dawno nie czytałam tak wartościowej książki. Naprawdę. Nie przypominam sobie, żeby jakakolwiek historia w ostatnim czasie poruszyła mnie aż tak dogłębnie. Amy Harmon pozostawiła ekscesy miłosne na bardzo odległym planie i skupiła się na przyjaźni, przebaczeniu oraz odkupieniu. Wykreowała bohaterów tak odległych od ideału i chyba to było takie niesamowite. Tak bardzo pokochałam bezinteresowność Fern, jej ciepło i dobroć w stosunku do innych. Zakochałam się w postaci Ambrosa mimo, że przez większą część czasu uważał, że nie zasługuje na miłość. A jeśli chodzi o Baileya, najlepszego przyjaciela Fern, to uważam że bez niego ta książka byłaby po prostu niekompletna. Nadawał opowieści zabawny wymiar w chwilach kryzysu i pokazał czytelnikowi, że niezależnie od przeciwności losu, nigdy przenigdy nie można się poddawać. 
Jeżeli wiec nie udało się Wam jeszcze przeczytać tej książki, to gorąco zachęcam. Ja tymczasem oceniam "Making Faces" na dziewiątkę z dużym plusem :) 

niedziela, 5 marca 2017

13 "Dręczyciel"


"Wczoraj trwa wiecznie. Jutro nigdy nie nadejdzie dla ciebie..."
Kiedy pierwszy raz czytałam tę książkę w wolnym tłumaczeniu, nie zapowiadało się, że zostanie ona wydana na polskim rynku. Możecie się więc jedynie domyślać jak bardzo byłam zachwycona, kiedy na jednym z blogów recenzenckich przeczytałam post dotyczący zapowiedzi lutego i ujrzałam tam "Dręczyciela". Praktycznie cały miesiąc czekałam aż w mojej ulubionej księgarni internetowej obok tej pozycji pojawi się "Dodaj do koszyka". I teraz w końcu mam swój własny egzemplarz tego cuda, który jest jednym z moich ulubionych jeśli chodzi o new adults. I jeśli podobnie jak ja kochacie taką tematykę, to mówię Wam MUSICIE sięgnąć po tą historię 

"Byłeś moją burzą, moją chmurą gradową, moim drzewem w ulewie. Kochałam te wszystkie rzeczy i kochałam ciebie. Ale teraz? Jesteś jak pieprzona susza. Myślałam, że palanci jeżdżą tylko niemieckimi samochodami, ale okazało się, że dupki w Mustangach też mogą zostawić blizny." 

Jared i Tate znają się niemalże od zawsze. Dorastali w sąsiednich domach i byli nierozłączni. Wszystko zmieniło się jednak w wakacje przed pójściem do pierwszej klasy liceum. Chłopak po powrocie z letniego wyjazdu nie przypominał dawnego siebie. Co więcej, nie chciał mieć nic wspólnego z Tate, ale zamiast zacząć ją ignorować, Jared zmienił się w dręczyciela. Próbował zmienić jej życie w piekło i zgorszyć w oczach szkolnych kolegów. Bohaterka była jednak zbyt słaba, żeby odpowiadać na zaczepki i poddawała się nim. Stała się ofiarą. Wszystko zmieniło się jednak w momencie, kiedy wróciła z rocznego pobytu w Paryżu. W Tate coś odżyło. Zaczęła się stawiać i obiecała sobie, że już nigdy nie uroni przez Jareda choćby jednej łzy. Ale czy to postanowienie okaże się do zrealizowania ? Czy naprawdę można przekreślić najlepszego przyjaciela, mimo że wydaje się, że on przekreślił cię już wieki temu ?

"Ale to, co w sobie tłumisz, tylko cię osłabia."

Jeśli oczekujecie od książki, tego że wciągnie was niemalże od pierwszych stron, to "Dręczyciel" jest właśnie taką historią. Nie oznacza to oczywiście, że po prologu nie można się oderwać, ale jeśli będziecie już w połowie, to obiecuje Wam, nie zmrużycie oka dopóki nie dobrniecie do końca.
Penelope Douglas naprawdę napisała cudowne new adults. Uwzględniła wszystko to, czego oczekuje od takiej właśnie historii. Była przyjaźń, tajemnica, uczucie między bohaterami, a poza tym książka była moim zdaniem naprawdę dobrze napisana, a bohaterowie świetnie wykreowani. Mimo, że większość postrzega pewnie Jareda jako niezłego drania, to ja zakochałam się w jego osobie, tak samo jak w postaci jego najlepszego przyjaciela - Madoca. Wydaje mi się, że gdyby nie on, ta historia nie byłaby aż tak cudowna.
Z tego co wiem, mają zostać wydaje kolejne części tej historii i ja osobiście nie mogę się już doczekać, kiedy kolejne książki tej autorki znajdą się na mojej półce. Tymczasem "Dręczyciela" oceniam na mocną dziewiątkę i mam nadzieję, że podobnie jak pokochacie tę opowieść.

środa, 22 lutego 2017

11 "Bądź ze mną"



Ostatnio złapała mnie jakaś niechęć na czytania. Za co się nie zabierałam, odkładałam to po przeczytaniu kilku stron bo w żaden sposób nie mogłam się wciągnąć. Ale z drugiej strony targały mną również wyrzuty sumienia, bo przecież nie mogę zaniedbywać moich czytelników, prawda ? I na całe szczęście przypomniałam sobie o książce zakamuflowanej gdzieś na moim Kindle’u. Czytałam ją już tak wiele razy i uznałam, że idealnie nada się na wyciągnięcie mnie z czytelniczego dołka. Bo co innego by podziałało jak nie gorący romans z świetnie wykreowanymi bohaterami i całkiem niezłą fabułą owianą tajemnicą i wydarzeniami, których trudno się spodziewać ? Jeśli podobnie jak ja kochacie takie historię, to koniecznie musicie przeczytać „Bądź ze mną” J.Lynn. Koniecznie ! :)

„Milczenie nie jest żadną wartością. To choroba; żal, który się trawi i miesza ci w głowie.”

Teresa to dziewczyna, której świat przez jeden nieudany skok wywrócił się do góry nogami. Kontuzja kolana zaprzepaściła jej marzenia o karierze tanecznej i sprawiła, że bohaterka zamiast wyjechać do Nowego Jorku, gdzie miała trenować pod okiem najlepszych nauczycieli, była zmuszona wymyślić „Plan B” na resztę życia. Okazały się nim studia nauczycielskie na uniwersytecie, gdzie uczęszczał jej starszy brat Camerom, a tym samym najlepszy przyjaciel Jase’a, w którym Tess od długiego czasu była zadurzona. Cała fascynacja rozpoczęła się rok wcześniej, kiedy miedzy postaciami doszło do pocałunku, o którym Teresa nie mogła zapomnieć. A Jase ? Chłopak przez ten czas starał się jej unikać. Nie odpisywał na maile, smsy, nie przyjeżdżał w odwiedziny do Camerona, usunął się całkowicie z jej życia.
Wszystko skomplikowała jadnak nauka na tej samej uczelni. Bo przecież przez cały czas nie można się ignorować i udawać, że nic się nie stało. To znaczy pewnie w prawdziwym życiu by to przeszło, ale to jest romans, a tam pisarze mogą posunąć się do wszystkiego.

„Śmierć zawsze przypomina żyjącym, żeby żyli - żyli teraźniejszością i patrzyli w przyszłość.”

Po zagłębieniu się w historię, czytelnik widzi, że główni bohaterowie nie są sobie obojętni. Zależy im na sobie no i do tego targa nimi pożądanie, ale mimo wszystko Jase ciągle odtrąca dziewczynę. Nie chce się angażować, bo uważa, że skrywane przez niego tajemnice przerosną Teresę i ta z biegiem czasu sama stwierdzi, że rodząca się między nimi relacja nie ma sensu. Poniekąd boi się odrzucenia, bo uważa, że przeszłość tak bardzo skomplikowała jego teraźniejszość i przyszłość, że może nigdy nie będzie zasługiwał w pewni na szczęście. Czy się myli ?

„Starałem się trzymać od ciebie z daleka. Próbowałem ignorować to co do ciebie czuję. Bo wiem, że nie wolno mi tego czuć. Ale to walka z góry skazana na niepowodzenie. I nie chcę już dłużej walczyć.”

Książka jest drugim tomem serii „Zaczekaj na mnie”, ale uważam, że „Bądź ze mną” jest o niebo lepsze od pierwszej części. Jest w niej tak naprawdę wszystko, co składa się na moim zdaniem udaną historię. Miłość, przyjaźń, tajemnice, elementy zaskoczenia. W dodatku autorka pisze ciekawym, zgrabnym językiem, co powoduje, że strony przekręcają się w bardzo szybkim tempie. I wiecie co ? Zazdroszczę wszystkim tym, którzy mają jeszcze tę historię przed sobą, bo naprawdę ma ona w sobie „to coś” i jestem pewna, że to nie był ostatni raz kiedy do niej wróciłam. I chyba nikogo nie zdziwi to, że po tych moich wszystkich zachwytach oceniam ją na 9 z ogromnym plusem :)


A wy kochani, czytaliście ? Może macie w planach ? O wiem, podajcie mi koniecznie tytuły, który wyprowadzają was z czytelniczej depresji :D

poniedziałek, 13 lutego 2017

10 "Idealna chemia"



Ale wiem, że kochać kogoś znaczy stracić kawałek siebie. 
Czasem idealność bywa męcząca. Ludzie próbują przestrzegać z góry ustalonego schematu, zatracając przy tym własne poglądy i osobowość. Stają się aktorami występującymi w beznadziejnej sztuce, w której tak na dobrą sprawę nawet nie mieli ochoty grać. Taki los przypadł również głównej bohaterce książki pod tytułem "Idealna chemia" - Brittany Ellis. Dziewczyna wychowywała się w na pozór idealnym domu, ma idealne oceny, idealne miejsce kapitana w składzie cheerliderek i idealnego chłopaka. Brit jest postrzegana przez wszystkich jako wielki ideał i nie może pozwolić sobie na choćby najmniejsze potknięcie, bo mogłoby to doprowadzić do zaburzenia pracy całego otaczającego ją świata. Wszystko zmienia się jednak w momencie, kiedy na lekcji chemii zostaje usadzona wraz z najniebezpieczniejszym chłopakiem chodzącej do jej szkoły, meksykaninem należącym do gangu, czyli z Alejandro Fuentesem. 

Nikt nie jest tu na zawsze.Trzeba żyć chwilą, każdym dniem... być tu i teraz.

Na początku miedzy bohaterami nie ma nic prócz nienawiści. Na pozór dzieli ich tak właściwie wszystko. Status społeczny, przekonania czy pochodzenie. On wywodzi się z biednej strony miastka, przed którą Britt była wielokrotnie ostrzegana i pała do niego dużą niechęcią. Nie podoba jej się jego pewność siebie i agresja. Ale przede wszystkim, początkowo się go po prostu boi. Z czasem jednak Alejandro, lub też Alex, jak wolał być nazywany, pod wpływem zakładu próbuje zbliżyć się do dziewczyny. Nie jest to jednak tak łatwe jak się tego spodziewał, ale z czasem udaje mu się przebić przez mury Brittany. Bohaterowie otwierają się na siebie, dzielą swoimi uczuciami i zakład przestaje być już w pewnym momencie najistotniejszą dla Alexa sprawą. Rodzi się miedzy nimi uczucie, którego oboje się boją i na które nie są w żadnym wypadku przygotowani. Zapominają, że szczęście nigdy nie będzie im dane, że dwa tak odmienne światy nigdy nie będą mogły się połączyć, ale mimo wszystko próbują postąpić na przekór wszelkim oczekiwaniom. 

Za każdym razem, gdy odrzucam cudze oczekiwania i w końcu robię to, co moim zdaniem jest właściwe, czuję się silniejsza.

O książce dowiedziałam się z innego bloga recenzenckiego i pomimo tego, że historia wpisuje się bardzo w typowe standardy "new adults" to mi się podoba. Nie było w niej może nic odlotowego, ani wbijającego czytelnika w fotel, ale bardzo polubiłam wykreowane postaci. W szczególności Alejandro i jego najlepszego przyjaciela Paco, oraz Isabel. Mieli w sobie coś takiego przyciągającego, że nie mogłam się im po prostu oprzeć. 
Z tego co wyczytałam w internecie, wiem że "Idealna chemia" posiada również kontynuacje opowiadającą o losach młodszych braci Alexa, ale wydaje mi się, że w najbliższym czasie po nie nie sięgnę. Nie mniej jednak polecam pierwszą część wszystkim osobą, które potrzebują romansidła ze szczyptą niebezpieczeństwa i dreszczyku emocji. Ja tymczasem oceniam książkę na 7/10. 

-Czy to ma jakiś sens?-Ma. Ale wychodzi na to, że cierpię na chorobę maniakalno-depresyjną.-To normalne w miłości.

środa, 8 lutego 2017

09 "Pieśń Dawida"




Czasem uległość polega na odrzuceniu dumy, oddaniu kontroli i obdarzeniu kogoś miłością i zaufaniem, nawet jeśli ten ktoś na to nie zasługuje.
Czasem może nam się wydawać, że ucieczka jest jedynym rozwiązaniem. Że może w pewnym sensie uchroni to naszych bliskich przed cierpieniem, a nas samych od ich spojrzeń przepełnionych bólem i współczuciem. Pakujemy manatki, załatwiamy wszystkie formalne sprawy i wyjeżdżamy zostawiając po sobie jedynie stertę kaset, które mają tłumaczyć podjętą decyzję. Ale czy naprawdę jesteśmy aż tak głupi, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że nasi najbliżsi będą sobie niemalże wypruwać flaki, aby nas odnaleźć ? Wiedziałeś Dawidzie. Wiedziałeś to wszystko. Tylko dlaczego mimo wszystko zdecydowałeś się na ucieczkę ? 

"- Mojżesz powiedział mi kiedyś, że nie da się uciec przed sobą. Możesz biec, ukrywać się lub umrzeć, ale cokolwiek zrobisz, będziesz sobą. Przez długi czas byłem dość pusty. Trochę czasu zajęło mi rozgryzienie, co mogłoby mnie wypełnić." 
Dawid po poznaniu Mojżesza zmienił się o 360 stopni. Odnalazł siebie, swoją drogę. Przestał miewać myśli samobójcze i po prostu zaczął żyć. Kiedy wszystko układało się po jego myśli, poznał tajemnicza dziewczynę. Millie, bo tak się nazywała, pracowała w jego barze jako tancerka. Ku zdziwieniu Taga, bohaterka okazała się niewidoma. Jej matka niedawno zmarła, ojciec ulotnił się kilka lat temu i jedyną bliską osobą jaka jej została, był Henry - młodszy brat, cierpiący na pewnego rodzaju zaburzenia umysłowe. Między bohaterami początkowo nawiązała się przyjaźń, która z czasem zmieniła się w silniejsze uczucia. Jednak w pewnym momencie David po prostu zniknął. Zostawił Millie, Henrego i Mojżesza, przyjaciół z klubu i rodzinę i po prostu wyjechał. Nikt nie wiedział dlaczego, ale też żadne z nich nie chciało się poddać. Postanowili, że znajdą Taga mimo wszystko i sprowadzą go do domu. 
"- Kiedy zaczniesz wierzyć w to, że zasługujesz na miłość ? - zawołała za mną wyraźnym i opanowanym głosem, który nieznacznie drżał pod wpływem z trudem tłumionej furii."

Po przeczytaniu pierwszej części, nie sądziłam, że autorka może mnie już czymkolwiek zaskoczyć. No bo jak można pobić historię o Georgii i Mojżeszu ? No jak ? Dlatego początkowo miałam pewne obiekcje co do sięgnięcia po "Pieśń Dawida". Nie chciałam, żeby możliwy niewypał lektury przyczynił się do mojej opinii co do twórczości Amy Harmon. Ale w końcu pod wpływem chwili i przecen, zamówiłam książkę i teraz z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to była jedna z najlepszych czytelniczych decyzji w moim życiu. Bo jak się okazało, opowieść o Tagu wprost bije na głowę "Prawo Mojżesza".  I wybacz mi Colleen Hoover, ale właśnie straciłaś pozycje mojej ulubionej pisarki książek o miłości. 

"-Najbardziej intymnym przeżyciem jest pozwolenie, by ukochane osoby zobaczyły nas w najgorszej formie. Wtedy, gdy jesteśmy najsłabsi. Prawdziwa intymność jest wtedy, gdy nic nie jest idealne. A ja nie sądzę, żebyś był gotów na intymność ze mną, Dawidzie."

I wiecie co ? Mimo tego, że wprost kocham romanse i pewnie nie mogłabym się bez nich obejść, to naprawdę nienawidzę schematycznych historii. No wiecie, takich z cyklu: "Jest piękna/przystojny, zakocham się." Nie cierpię takich banałów i Amy Harmon absolutnie mi ich nie daje. Wykreowana przez nią fabuła wnosi zawsze coś nowego i trudnego do powtórzenia i to jest niesamowite. Bo mimo tego, że 'new adults' przez większość może wydawać się już oklepane i mało zaskakujące, to ta kobieta wprost zaskakuje mnie na każdym kroku i chyba dlatego najbardziej ją cenię. Teraz zostało mi jeszcze "Making faces" i nie wiem czy się trochę nie wstrzymam z tą książką. Bo co wtedy będę czytała ? Mam nadzieję, że w Polsce zostaną jeszcze wydane jakieś książki. Tymczasem "Pieśń Dawida" oceniam na 10/10, choć ta skala wydaje mi się i tak mało odpowiednia. 

"- To pamiątka z czasów, gdy bardzo nie chciałem żyć - wyznałem bez skrępowania. - To było dawno temu. Teraz się kocham. Nie martw się." 

czwartek, 19 stycznia 2017

05 "Morze spokoju"

awet siebie samego nie umiem ocalić."
"Nie jestem żadnym ocaleniem. Nawet siebie samego nie umiem ocalić."


"Natsya Kashnikov chce tylko dwóch rzeczy: przetrwać liceum bez żadnych osób, które będą pouczać ją na temat jej przeszłości oraz sprawić, aby chłopak, który zabrał jej dosłownie wszystko – tożsamość, duszę i chęć życia – zapłacił za to. Historia Josh’a Bennett’a to nie sekret: każda osoba, którą kochał, opuściła ten świat, aż w końcu, gdy chłopak miał 17 lat, nie został mu już nikt. Teraz, wszystko czego Josh pragnie, to to, aby ludzie pozwolili mu zostać samemu, ponieważ gdy Twoje imię jest synonimem śmierci, każdy ma tendencję do pozostawienia Ci Twojej własnej przestrzeni."

"Czasem zapominam, jak się oddycha"
Nie mam pojęcia co mogłabym teraz tutaj napisać. Wszelkie słowa wydają mi się nieodpowiednie, a przynajmniej jak dotąd nie mogę znaleźć takich, które oddadzą to co czułam podczas czytania "Morza Spokoju". Bo prawda jest taka, że odczuwałam dosłownie wszystko. Momentami byłam wściekła, czasem też szczęśliwa, czy rozbawiona. Zakochałam się po to, by kilka stron później złamano mi serce. Dowiedziałam się też jak wielką moc ma przebaczenie i chyba w końcu trochę pojęłam tę sztukę. Katjo Millay, dziękuję Ci za tę fantastyczną książkę. Wiedz jednak, że momentami nienawidziłam Cię całym sercem. 
"Ludzie mówią, że miłość jest bezwarunkowa, ale to nieprawda, a nawet gdyby była, to nigdy nie jest za darmo. Zawsze wiąże się z jakimiś oczekiwaniami. Wszyscy chcą czegoś w zamian. Jakby wymagali, żeby ta druga osoba była szczęśliwa, przez co automatycznie staje się odpowiedzialna za ich szczęście, bo nie mogą być szczęśliwi, póki ona nie będzie szczęśliwa"
Z początku może się wydawać, że będzie to kolejna książka opowiadająca o młodzieńczej miłości dwójki outsiderów. To jednak nie wszystko. Autorka co prawda wplotła wątek miłosny, ale moim zdaniem nie był on elementem kluczowym, a przynajmniej nie tak ważnym jak odkupienie. Przedstawione postaci były niezwykle realistyczne. Czytając o ich losach, miałam niekiedy wrażenie, że widzę samą siebie. Zarówno Nastja jak i Josh stali się moimi ulubieńcami. Pokochałam ich za sposób bycia, za ich rozmowy, charaktery. Razem tworzyli misterną układankę, obok której nie mogłam po prostu przejść obojętnie. Nie byli jednak jedynymi wyjątkowymi elementami tej historii. Bohaterowie drugoplanowi też wyróżniali się na ogromny plus. Drew, pani Leighton, czy też Margot, byli jasnymi punktami całej opowieści. 
"Są tu lampy, narzędzia i deski, buty robocze i chłopak, na którego chcę patrzeć do końca świata. Gdyby moje Morze Spokoju było prawdziwe, to znajdowałoby się tutaj, w tym miejscu."
Książkę mogę bez wątpienia zaliczyć do moich ulubionych. Katja Millay podbiła moje serce swoim stylem pisania i całą konstrukcją opowieści. Ciekawym elementem była również narracja z perspektywy zarówno Nastji, jak i Josha. Myślę, że przez długi czas nie zapomnę postaci Słoneczka, chłopaka otoczonego polem siłowym, czy też momentami obrzydliwego Drew. Jestem jednak trochę zawiedziona, że autorka nie wydała na rynek innej pozycji, bo bardzo chętnie zetknęłabym się z jakąś inną książką jej autorstwa. No ale cóż, może kiedyś się jej doczekam, a jak na razie mogę jedynie zazdrościć tym, którzy mają "Morze spokoju" jeszcze przed sobą. 

Moja ocena 10/10

"-Ty jesteś wystarczającym powodem.- Może nie pozwalać mi, żebym ją kochał, ale to nie znaczy, że ja pozwolę innym ją ranić. Chyba jest w tym jakaś ironia, bo to ja zraniłem ją najmocniej tej nocy."

sobota, 14 stycznia 2017

04 "Ugly Love" C.Hoover


         Odkąd przeczytałam „Hopeless” Colleen Hoover stała się jedną z  moich ulubionych autorek. Nigdy nie nudziłam się podczas czytania jej książek, które zawsze wzbudzały we mnie wiele emocji. W  wykreowanych postaciach zakochiwałam się zaś niemalże od  pierwszych stron. Przez długi czas wahałam się jednak nad sięgnięciem po „Ugly Love”. Czytając inne recenzje, nie wiedziałam czego tak na dobrą sprawę mogę się spodziewać. A już na pewno nie  przypuszczałam, że opowieść o losach Milesa i Tate stanie się  przyczyną nieprzespanych nocy, nawet po jej zakończeniu. 
Krótko mówiąc, Hoover na każdym kroku łamała mi serce.
Miłość nie zawsze jest piękna, Tate. Czasami przez lata masz nadzieję, że okaże się czymś innym. Czymś lepszym. A potem, zanim się spostrzeżesz, wracasz do  punktu wyjścia i zostajesz z niczym.”
Akcja rozpoczyna się w momencie, kiedy Tate przeprowadza się  do swojego brata zamieszkującego San Francisco. Pragnie rozpocząć nowe życie, w nowym miejscu. Utrudnia jej to jednak chłopak mieszkający naprzeciwko. 

„Wybucham śmiechem. Oto potwierdziły się moje podejrzenia. On naprawdę jest dupkiem. (…) Mam za sąsiada gościa, który zalewa się w weekendy i  sprowadza do domu tak dużo dziewczyn, że już nawet nie pamięta, z którymi spał.”

Miles Archer – facet, który najchętniej zostawiłby przeszłość daleko za  sobą – staje się zgubą głównej bohaterki. Dziewczyna mimo początkowej niechęci, nie umie wyzbyć się uczuć, które przyciągają ją  do  młodego pilota. W końcu wchodzą w układ, w którym obowiązują dwie zasady: „Nie pytaj o przeszłość. (…) I nie licz na  przyszłość.” 

„Zaciska palce na mojej szyi... a później mnie dusi. Albo całuje. Nie wiem, co  robi, jestem pewna, że nie odczułabym różnicy. Jego wargi na moich ustach są jak wszystko. Jak życie, śmierć i ponowne narodziny - a wszystko jednocześnie.”

            Colleen Hoover przedstawiła historię z perspektywy obojga bohaterów. Tate opowiada nam o teraźniejszość, Miles zaś przybliża przeszłość, a dokładniej zdarzenia sprzed sześciu lat, które  ukształtowały jego osobowość.  Teraz myślę, że bez tego drugiego elementu opowieść byłaby po prostu nudna. Osobiście czekałam, aż  w  końcu doczytam linijki tekstu należące do dziewczyny, by już po  chwili  przenieść się myślami do momentu kiedy autorka przedstawia nam 18-letniego Archera i problemy z którymi musiał się  zmagać. 

"Pocałunki są o wiele łatwiejsze niż to, co robimy. Kiedy się całujesz, możesz zamknąć oczy. Możesz przestać myśleć. Zapomnieć o bólu, wątpliwościach i  wstydzie. Kiedy zamykasz oczy i się całujesz, chronisz swoja wrażliwość."

            Książkę Hoover czytało mi się naprawdę dobrze. Było to  najprawdopodobniej spowodowane sympatią, którą wywarli na mnie główni bohaterowie, bo fabuła niestety nie dorównywała jakością wcześniejszym dziełom tej autorki. Mimo to, mogę jednak stwierdzić, że  „Ugly Love” znajdzie się w gronie moich ulubionych powieść, ze  względu na wspaniałe opisy emocji i świetne sylwetki bohaterów. 

Moja ocena 8/10 
Miłość nie zawsze jest piękna, Tate. Czasami przez lata masz nadzieję, że okaże się czymś innym. Czymś lepszym. A potem, zanim się spostrzeżesz, wracasz do  punktu wyjścia i zostajesz z niczym.

sobota, 7 stycznia 2017

01 "Zadurzenie" Eve Ainsworth


"Zadaje się ból tylko tym, których się kocha?No nie? Prawda?"

Przyznam się bez bicia, że po książkę sięgnęłam jedynie ze względu na zniewalającą okładkę. Nigdy wcześniej o niej, jak i o samej autorce nie słyszałam, ale będąc w Empiku wprost nie mogłam się oprzeć jej oprawie graficznej i tak oto "Zadurzenie" znalazło się na mojej półce. Opowieść musiała trochę jednak poczekać, aż dałam szansę się jej wykazać, bo sięgnęłam po nią dopiero po jakiś sześciu miesiącach. Czy było warto ? Myślę, że jak najbardziej. Książka porusza naprawdę wiele istotnych kwestii i przestrzega przed zagrożeniami, których z początku mogliśmy się nie spodziewać. 

Wściekłość.
Co to naprawdę jest? Nikt naprawdę nie wie, jak nad nią zapanować. Każą ci nabierać głęboko tchu, liczyć do dziesięciu, tłuc w poduszkę, ale raczej się jej w ten sposób nie pozbędziesz.

Większość dziewczyn marzy o przeżyciu prawdziwej miłości, która stanie się przyczyną nieprzespanych nocy i wywoła tak zwane motyle w brzuchu. Większość chce poznać 'rycerza na białym koniu', który odmieni ich życie i sprawi, że poczują się wyjątkowe i kochane. Niczym od tej większości nie różniła się też Anna - czternastoletnia bohaterka książki "Zadurzenie". 
Dziewczyna wychowuje się w rozbitej rodzinie i próbuje pozbierać się po odejściu matki. Należy do kapeli rockowej i ma dwójkę zaufanych przyjaciół - Danna i Izzy. Anna stara się zapełnić pustkę po najbliższej osobie, ale początkowo nie dawało to żadnych rezultatów. Wszystko zmienia się jednak w momencie, kiedy bohaterka poznaje Willa - szesnastolatka, cieszącego się uznaniem i popularnością. Na początku wszystko dzieje się jak w filmach kończących się 'happy endem'. Z czasem jednak słodkie sms'y zamieniają się w słowa, które mają krzywdzić. Całusy i przytulanie w sprawiające ból uchwyty, a kochający i zabawy chłopak w potwora, który chce cię kontrolować i zaczyna traktować jako swoją własność.

Parsknąłem śmiechem i wyszedłem, zostawiając ją zalaną łzami.
Miłość nie zawsze jest dobra i uskrzydlająca. Czasem może się zmienić w obsesję i zbyt wielką chęć posiadania drugiej osoby, jej wieczne kontrolowanie. I co wtedy ? Jakie kroki podjąć ? Autorka w swojej książce udziela odpowiedzi na te kwestie. Daje cenne rady i wskazówki, jak poradzić sobie z taką ciężką relacją. Bo mimo, że pewnie dla wielu jest to oczywiste, to kiedy postawimy się w sytuacji głównej bohaterki, możemy czuć wątpliwości co do słuszności niektórych decyzji. Bo przecież to ten chłopak, w którym się zakochałam. Ten kochający, zabawny i troskliwy, który tylko czasami zachowuje się nie w porządku. Ale później przecież przeprasza. Jeśli przeprasza, to znaczy, że żałuje i chce się zmienić, prawda ?

Zadręczałam się i próbowałam się domyślić, czym go zdenerwowałam. To było frustrujące!

 Naprawdę zachęcam do przeczytania "Zadurzenia". Moim zdaniem książka jest ciekawa i otwiera oczy czytelnika na bardzo istotne kwestie, może dotąd nieporuszane. Myślę, że nie jest przeznaczona jedynie dla nastoletnich odbiorców, ale też tych 20+, gdyż może uświadomić jak rozmowa i dobry kontakt z dzieckiem jest istotny w jego wychowaniu. Ja opowieść pani Ainsworth oceniam na mocne 7+ i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się zetknąć z jej twórczością.


A wy ? Czytaliście "Zadurzenie" ? Albo może zamierzacie po nie sięgnąć ?


Pomimo tych uczuć wiem, że prawdziwą siłę pokazuje ten, kto potrafi odejść. A ja jestem teraz silna. Tak naprawdę zawsze byłam.


Recenzja bierze udział w Olimpiadzie czytelniczej 2017 (http://www.posredniczkaa.pl/2017/01/olimpiada-czytelnicza-edycja-2017.html?showComment=1483885425606#c1087183321868915479

Ilość stron: 274